Biskupinka nadal po szkocku

Rodzina w składzie zawieszonym... nastolatka pies praca Szkocja

Wpisy

  • niedziela, 28 sierpnia 2016
    • Przed, po, w trakcie

      Nowe mieszkanie jest dla mnie – poza wyzwaniem kolorystycznym – jednym wielkim polem bitwy, gdzie podbijam kolejne nieznane terytoria.

       

      Pierwszy raz malowalam ściany.

      Pierwszy raz malowalam szafki kuchenne.

      Pierwszy raz montowałam rolety.

      Pierwszy raz zakładałam progi drzwiowe.

      Pierwszy raz skręcałam łóżka według instrukcji składającej się z jednego obrazka.

      Głównie sama z moją małą elektryczną wkrętareczką, czasem z pomocną dłonią przyjaciół. Moje, dla mnie i tak jak ja chcę!

      Pooglądać można tutaj


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 sierpnia 2016 22:45
  • niedziela, 21 sierpnia 2016
    • Paluszek i główka

      Paluszek i główka, jak to mówią, szkolna wymówka. Bo szkoła się zaczęła w Szkocji w ubiegłym tygodniu i dziecko moje bardzo, bardzo do niej iść nie chciało. Bo to wiecie trzecia klasa, jak to mówią, nie przelewki.


      Tu się wtrącę, bo akurat trzecia klasa wydaje mi się być fajna. Człowiek nie jest już maluchem w ogólnej pierwszej czy drugiej, wybrał w miarę świadomie przedmioty których chce się uczyć, a ciągle jeszcze nie wiszą nad nim państwowe egzaminy. 

       

      Dziecko próbowało najpierw marudzenia, że brzuszek, że główka, że coś tam – poddało się i poszło czynić wieczorne ablucje. Po kwadransie usłyszałam  cichutki głosik zza drzwi ‘ mamusiu, możesz przyjść?’, a w środku czekała na mnie rzeź niewiniątek. Hanna Emilia – jakby nie było dziewczę nastoletnie, postanowiła przygotować się do pierwszego dnia szkoły rzetelnie i ogolić nogi na WF. Niefortunnie chwyciła golarkę za ostrze i zaliczyła podwójne cięcie na małym paluszku lewej dłoni. Wanna cała w krwi, dziecko owinięte małym ręcznikiem trzesie się z zimna i zdenerwowania, a krew sobie płynie nieprzerwanie. Pierwsze co mi przyszło do głowy to palec pod wodę – chyba mi się z oparzeniem pomyliło, ale przynajmniej krew leciała do umywalki, nie na podłogę i dziecko. Dwa opatrunki przeciekły jak chuderlawa chusteczka higieniczna – potrzebowałyśmy czegoś mocniejszego, ale przy tym wydawało mi się, że zacięcie jest powierzchowne, skąd więc tyle tej krwi?!


      Dziecko nadal z palcem pod wodą, a matka do internetu szukać porady – co nie było najlepszym pomysłem, jak się wkrótce okazało…


      Porada pierwsza – trzymać pod wodą (nie, nie trzymać bo rana nie ma szansy się zamknąć – nie bez przyczyny samobójcy tnąc żyły robią to w wannie…).

      Porada druga – zasmarować wazeliną (nie używam, nie posiadam)

      Porada trzecia – przemyć Listeryną (nie używam, nie posiadam)

      Porada czwarta – przemyć octem; niestety używam i posiadam – przemyłam, a dziecko mi zbladło jeszcze bardziej, najpierw kwiknęło z bólu, potem zaczęło się słaniać na nogach i mamrotać jak Osiołek w Shreku (O, nie! Palce mi drętwieją! Gdzie są moje palce?! – z tym że Hanna E jęczała ‘nie czuję uszu!’)


      Porada piąta i kolejne nie miały już szansy w tym momencie, bo spanikowana z lekka zadzwoniłam na NHS24 – takie jakby pogotowie telefoniczne, zanim człowiek poleci na prawdziwe pogotowie. Pani operatorka wypytała co się dzieje, kazała trzymać ucisk na palcu przez dwadzieścia minut, a palec wywindować nad głowę. Jak się nie poprawi mam dzwonić znowu, ew w międzyczasie oddzwoni do mnie pielegniarka z dodatkowymi poradami. 20 minut w niczym nam nie pomogło, krew lała się nadal, pielęgniarka oddzwoniła – pogadała przyjaźnie z Hanną i wysłała nas do pogotowia przy szpitalu. Szczęście w nieszczęściu, przy szpitalu dziecięcym, bo na oddziale dorosłym pewnie siedziałybyśmy kilka godzin…

       

      Palec owinięty w ręcznik, 23 na zegarku, pomykamy do szpitala – o dziwo nawet znalazłam właściwy wjazd i miejsce na parkingu. Przemiły Pan Pielęgniarz już miał Hannę Emilię w systemie, zajął się nią profesjonalnie i zabawnie. Wyjaśnił dlaczego palec krwawił jak połamane zakochane serduszko, położył ją na leżance w obawie, że dziecko może fiknąć jednak omdlone i zostawił na kwadransik każąc znowu uciskać ranę.


      Po kwadransie krwawienie cudownie ustało, opatrunek założono. Nie było szycia, żadnych leków, maści - zwykły bandaż... Koniec historii jest taki, że Hannie Emilii nowy rok szkolny przesunął się o jeden dzień, bo po emocjach szpitalnych i powrocie do domu po północy, pozwoliłam jej odpocząć.


       

      W tym momencie humory miałyśmy już całkiem dobre, chociaż szpital nocą w połączeniu z charakterystycznym zapachem środków odkażających, przywołał mi wszystkie koszmarne wspomnienia z czasów dookoła onkologicznych :(

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 sierpnia 2016 23:05
  • niedziela, 14 sierpnia 2016
    • więc chodź, pomaluj mój świat

      Dziecko poleciało w świat daleki i wróciło z tegoż – całe, w jednym zmęczonym kawałku, ze słowotokiem i lekkim obłędem w oku. Przez kolejne dwa dni po powrocie nieomal każde zdanie zaczynało się od „a w Ameryce to…” albo „bo jest taki sklep w Nowym Jorku…” – potem Hanna Emilia zapadła się w swoim nowym pokoju, nowym łóżku i z tegoż łóżka, głównie w pozycji horyzontalnej, dogorywała do końca wakacji. Czyli do teraz, bo szkoła zaczyna się już we wtorek.

       

      Domniemywać należy, że Nowy Jork się spodobał, chociaż temperatury i wilgotność mocno Hannie dojadły. Co nie wpłynęło na modyfikację marzenia pod tytułem „będę studiować/pracować/mieszkać w NYC”.

       

      W czasie gdy Hanna E śniła swój amerykański sen, matka wiła nowe gniazdko. Pakowała, przewoziła, ustawiała, kupowała, malowała – generalnie oddawała się swoim ulubionym czynnościom DIY (Do It Yourself czyli po naszemu majsterkowanie). I oddaje się im nadal z dużą przyjemnością, chwaląc sobie przede wszystkim fakt, że wszystkie decyzje podejmuję samodzielnie i ni cholery nie muszą ich z nikim konsultować! Mając do tego mentalne wsparcie w postaci Mr Vegan, który włożył w moją głowę jedno, za to bardzo ważne zdanie („rób tak, żebyś TY była z tym szczęśliwa”) – tworzy nam się mieszkanko milusie, kobiece, funky z odrobiną szaleństwa, absolutnie MOJE :)



      Zdjęcia wkrótce, kolorystyczny przedsmak już teraz.


      Ps. To nie jest post na odczepne, to jest post pt „wybaczcie przestój -  życie na zakręcie między nowym mieszkaniem, starą pracą, dzieckiem poszukującym swojego miejsca na świecie i nieoficjalnym facetem w przededniu wyjazdu na Bliski Wschód”

       

      kuchnia w kolorze merlot


      z szafkami w kolorze truskawkowym i szarym

       

      sypialnia Biskupinki w kolorze teal


      z dodatkami w kolorze czekolady

       


      living room jako biel w odcieniu różu i fioletu z dodatkami, których chwilowo brak ale coś jakby fuksja może?


       

      Hanna Emilia prosi o uszanowanie jej prywatnej własności: żadnych zdjęć!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „więc chodź, pomaluj mój świat”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 sierpnia 2016 00:17
  • wtorek, 26 lipca 2016
  • piątek, 15 lipca 2016
    • Kółeczko w życiorysie

      W natłoku ostatnich wydarzeń – dziecko pofrunęło do Hameryki, drogą kupna weszłam w posiadanie mieszkania, Mr Vegan siedzi nieomal na walizkach w oczekiwaniu na kontrakt do Kuwejtu – prawie umknęła mi była dziesiąta rocznica zamieszkania w Szkocji! Tak jakoś to wypada w pierwszej połowie lipca, dokładnej daty nie pomnę – ale załóżmy, że dzisiaj. Albo wczoraj. Albo tydzień temu. Ewentualnie może być, że ósmego lipca – wtedy uznamy, że moje prywatna historia zatoczyła pełne koło i wróciłam tam, gdzie zaczęła się szkocka odyseja.

       

      Półsłówkami w poprzednich wpisach przebąkiwałam o kredycie, zakupie mieszkania i takich tam.  Bo nie lubię pisać o czymś, co patykiem po wodzie pisane i z dużych oczekiwań gorzki płacz. Ale nie tym razem!

      Równo pół roku temu we wpisie ‘Klawo jak cholera’, pojawiły się słowa: ‘miałam dostać kredyt, miałam znaleźć śliczne mieszkanko i je kupić w maju, wprowadzić w czerwcu, niuniać, głaskać i tarzać we własnych czterech kątach przez wakacje’. I otóż słowo stało się ciałem, że tak powiem – z pominięciem maja i czerwca, za to z przytupem w lipcu: kupiłam mieszkanie!


      A wszystko zaczęło się ot właśnie pół roku temu, kiedy rzeczony doradca trąba niczego mi nie doradził (ale kasę zdążył zgarnąć za usługę). Sama się wzięłam do roboty i znalazłam spółdzielnię mieszkaniową Grampian Housing Association, gdzie rzutem na taśmę jako ostatnia klientka zostałam zaproszona na rozmowę osobistą – po mnie zmienił się system i wszystko odbywa się wyłącznie przez internet. Co tydzień pojawiają się ogłoszenia o wolnych mieszkaniach/domach, należy zgłosić swoje zainteresowanie przez kliknięcie przycisku ‘hej, weźcie mnie pod uwagę, proszę, proszę!’ i czekać. To ostatnie jest zasadnicze i kluczowe: do jednej oferty nieruchomości może być nawet i dwieście zainteresowanych osób… Jeśli jesteś szczęśliwym wybrańcem, dzwonią i uruchamiają procedurę.


      W ramach spółdzielni można nieruchomość wynająć na wieki wieków lub kupić: w całości lub w części. Najmniejsza możliwa do kupienia cząstka to 25% wartości mieszkania, po roku można wykupić kolejne 25% i kolejne…

       

      Poczytałam, pooglądałam, poklikałam zgłaszając swoje zainteresowanie zarówno na wynajem, jak i na kupno - i zajęłam się swoim życiem, bo przecież jakie może być prawdopodobieństwo otrzymania oferty zakupu, jeśli oprócz mnie zgłosiło się pińcetsto osób?

       

      A tu bum, nagle i niespodziewanie telefon, że jest mieszkanie. Ale że pani nie jest pewna czy ja wyrażę chęć, bo ono jest nie w centrum, tak jak prosiłam w aplikacji. Nie w centrum, trudno – byle nie na drugim końcu miasta, bo ślimaczyć się korkach do i z pracy, nie mam ochoty. Więc gdzie ono? Ach, no ono właśnie jest w dzielnicy Garthdee – prawie spadłam z krzesła słysząc to, a ciąg dalszy jej wypowiedzi przyprawił mnie o głupawkę i kołatanie serca.


      Wtręt i wyjaśnienie:

      Garthdee to dzielnica, w której mieszkaliśmy w pierwszych trzech latach po przyjeździe do Aberdeen, i do której zawsze chciałam wrócić, i do której byłam przekonana nie wrócę nigdy – ze względów rzecz jasna finansowych.

       

      Jak w absolutnie nierealnym śnie, rzeczy zaczęły się dziać i to chyba w taki sposób, żebym miała o czym na blogu pisać…


      Nowy doradca finansowy, absolutnie zachwycający człowiek, znalazł kredyt w pięć minut – to był warunek, żeby Grampian Housing w ogóle mnie rozważał w swoich planach. Niestety, przy dalszych czynnościach papierologicznych okazało się, że kredytodawca nie finansuje nieruchomości na terenie Szkocji… Zachwycający Człowiek zaczął więc szukać nowego kredytu – szukał, szukał ale ciągle mu wychodziło, że mogę co najwyżej pożyczyć £4000 – eeee?? Ja więcej mam na mojej karcie kredytowej! Rozumiem, że jako samotny rodzic pracujący na pół etatu nie jestem szczególnie wiarygodna dla banku, ale chyba bardziej niż pracownik olejówki, zagrożony zwolnieniem w związku z ciągłym kryzysem i cięciami. Brak sukcesu w poszukiwaniach online sfrustrował mojego Zachwycającego Człowieka na tyle, że udał się do telefonu żeby osobiście z bankiem rozmawiać. Ja w tym czasie próbowałam się modlić do dowolnie wybranego boga/bogini/bóstwa, trzymać kciuki i wykonuwać różne inne zabobony. Chyba pomogło, bo Zachwycający Człowiek wrócił by obwieścić mi ni mniej, ni więcej że w aplikacji online wkradał się błąd (informatyczny po stronie banku), natomiast w aplikacji telefonicznej proszę bardzo, mogę dostać tyle ile potrzebuję, a nawet więcej – gdzieś tak około sześciokrotność rzeczonych czterech tysiaków.

       

      A potem to już z górki: Zachwycający Człowiek polecił Prawniczkę (taka procedura – wszystkim zajmuje się prawnik, kupujący tylko podpisuje papiery i nic innego go nie obchodzi). Prawniczka skontaktowała się z Grampian Housing. Po tygodniu czy dwóch zaprosiła na podpisanie papierów. A następnego dnia po odbiór kluczy.


      Ósmego lipca właśnie.


      Wróciłam na Garthdee. Wróciłam na tę samą ulicę, gdzie dziesięć lat temu wynajmowaliśmy dom. Wróciłam bogatsza o tony doświadczeń, hektolitry wylanych łez, tysiące smutków i setki złamanych obietnic. Wróciłam mądrzejsza i spokojniejsza. Szczęśliwa jakaś taka po prostu :)

      Garthdee i Hania 10 lat temu

       

      ps. a teraz idę świętować moje dziesięciolecie!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kółeczko w życiorysie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      piątek, 15 lipca 2016 22:16
  • piątek, 01 lipca 2016
    • Z trzech stron

      Trzy różne punkty wyjściowe, ale jakby jedna myśl przewodnia. Trochę słodko, trochę gorzko.


      Hanna Emilia zakończyła właśnie czwarty tydzień trzeciej klasy (S3) i udała się na zasłużone wakacje. Z pewnymi przedmiotami i nauczycielami pożegnała się na dobre, na przykład z historią. Christina, która tejże historii uczyła ją od pierwszej klasy – a wcześniej widywała w czasach podstawówkowych, kiedy dziecko bywało ze mną w in service days  -  powiedziała mi niedawno coś, co jako matkę przyprawiło mnie o kilka niekontrolowanych łez. Szło to jakoś tak: „w ciągu ostatniego roku zauważyłam u Hanny ogromną zmianę, z cichej, nieśmiałej dziewczynki, z wiecznie opuszczoną głową i uciekającym wzrokiem, stała się pewną siebie, otwartą dziewczyną, która ma swoje zdanie i potrafi go bronić, bez problemu występuje na forum klasowym, jest swobodna i elokwentna.”


      Serce fiknęło koziołka – czy to nie jest opinia, jaką każdy rodzic chciałby usłyszeć?!

      Czy to nie jest opinia, którą chciałoby się podzielić z drugim rodzicem Hanny Emilii?? Żeby być może spuchł z dumy, tak jak ja? No, ale przecież to właśnie sytuacja BEZ drugiego rodzica sprawiła, że dzisiaj jest ona właśnie taką świadomą i rezolutną panienką...


      A zaraz przyjdą kolejne sytuacje, w których duma pomiesza się ze stresem – egzaminy szkolne, prawo jazdy, pierwsze randki, samodzielne wyjazdy na wakacje, nieszczęśliwe miłości, studia... Komu o tym mówić, no komu??


      Bo są takie, wyczytane w fikcyjnej literaturze, którą karmię się nieustannie (aczkolwiek nie biorę na serio) – rodziny, gdzie facet dostawszy porządnie w łeb mentalną patelnią, ogarnia się. Lekko, łatwo i przyjemnie „Awaria małżeńska” Nataszy Sochy i Magdaleny Witkiewicz kreśli taką rodzinę – dwie nawet, które na skutek nieprzyjemnego wypadku komunikacji miejskiej, tracą z zasięgu mamusie (unieruchomione w szpitalu), a tatusiowie muszą ogarnąć. I piórem autorek ogarniają. W realu mojego życia, to ja miałam okazję poznać poziom ogarnięcia Biszopa, kiedy 14 i 10 lat temu zdiagnozowano u mnie nowotwór. Także ten... Fikcja sobie, moje życie sobie, a cytacik z książki, który boli mocnoprzy świadomości jak bardzo nie spełni się w życiu mojej córki brzmi „(...) tata jest naprawdę super! – powiedział Kacper. Wiem – pomyślała natychmiast – Jest w końcu największym bohaterem dla swojego syna i największą miłością swojej córki”.


      I jest jeszcze ten trzeci punkt wyjściowy, który podsumowuje doskonale moje słodko-gorzkie myśli.  Kluczowe w całym artykule jest słowo kompetencje...

      Oczywiście w naszym przypadku opieka naprzemienna czy jakakolwiek inna nie wchodzi w rachubę. Spektakularny, aczkolwiek moralnie podejrzany, wybór nowego miejsca zamieszkania ojca Hanny E, skutecznie uniemożliwia uczestniczenie w życiu dziecka w formie innej niż telefoniczna. Która daleka jest od czynnej. Która daleka jest od jakiejkolwiek. Z czym pogodzić jest mi się tak trudno – nie, nie ze względu na siebie, że z takim człowiekiem się związałam. Tym bardziej nie ze względu na byłego męża! Hanna Emilia jest jedynym powodem, dla którego łudzę się głupią nadzieją, że uczucia ojcowskie jeszcze się odnajdą. Nie można patrzeć bez bólu serca na tą fantastyczną dziewczynę, jaką jest moja córka i nie myśleć – jak bardzo zasługuje na dobrego ojca, jak bardzo zasługuje żeby być córusią-tatusia, rozpieszczaną, uwielbianą, podziwianą i kochaną. Jak bardzo to wszystko ma ode mnie, ale przecież nie o to chodzi...

       

      Ps. Brytyjski Dzień Ojca (19 czerwca) przemianowałyśmy na Dzień Matki i Córki :)

      Ps. Tekst miał iść w ubiegłym tugodniu, ale Brexit przeszkodził ...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Z trzech stron”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      piątek, 01 lipca 2016 23:01
  • wtorek, 28 czerwca 2016
    • A jednak nieprzyjemnie

       

      czyli Brexitu ciąg dalszy.

       

      Jasne, w Anglii nawet bardziej nieprzyjemnie, ale i Szkocja pokazuje swoje ksenofobiczne oblicze. 62% Szkocji głosowało za pozostaniem w Unii – ani nie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem, że wszyscy zgadzają się emigrantów, ani nie jest to przytłaczająca większość. Jakby nie patrzeć to prawie 40% ludzi chciało jednak z Unii wyjść...

       

      Politycy szkoccy prześcigają się w zapewnieniach, że obywatele Unii są tutaj mile widziani, doceniani, że wręcz honor czynią swoim wyborem miejsca zamieszkania. Mówią to na szczeblu lokalnym, krajowym szkockim i ogólnokrajowym królewskim.  Bardzo to ładne, ale to co mówią politycy, niekoniecznie przekłada się na poszczególnego szkockiego Kowalskiego. A to właśnie ów szkocki Kowalski jest moim sąsiadem, a nie Nicola Sturgeon. I to właśnie taki sąsiad nabazgrał na pobliskim przystanku:

       

      przystanek pechowej lini 13

       

      Co, wykorzystując złą gramatykę stwierdzenia *, przerobiłam na to:

       

      drugi dzień już wisi - nikt nie zerwał naklejek, nikt napisu nie zmazał, nikt niczego nie dopisał

       

       

      Jak pisałam wcześniej – ja się nie znam, nie wiem, nie umiem, zarobiona jestem, ale odnoszę wrażenie że ekonomicznie naprawdę niewiele się zmieni, bo nikt nie chce tracić pieniędzy. Politycznie zmienić może się dużo, chociaż impakt zmian rozłoży się w czasie. A najgorzej ucierpi dół czyli ja i mnie podobni. O ile przed obcięciem benefitów czy dostępu do usług medycznych czy czego tam jeszcze chcą pozbawić obywateli Unii, ochronić mógłby mnie paszport brytyjski, o tyle przed samymi atakami rasistowskimi już nie bardzo...

       

      Czytam komentarze w prasie brytyjskiej i jestem przerażona – Brexit otworzył puszkę Pandory, na wierzch wychodzi to wszystko, co ludzie do tej pory skrywali z obawy przed oskarżeniem o rasizm. Teraz rasizm jest nowym sportem narodowym, zwłaszcza w momencie kiedy drużyna Anglii odpadła z Euro. Rasistowskie graffiti na budynku POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny) w Londynie - pierwszy taki atak w jego 50letniej historii! Dzieci w szkole przerażone wizją deportacji, komentarze na facebooku, twiterze, w autobusie, restauracji...

       

      Pociesza mnie wsparcie ze strony szkockich znajomych #welovemarta #scotlandisyourhome. Wzrusza mnie akcja z agrafkami - po angielsku nazywanymi safety pin=bezpieczna szpilka; osoba z wpiętą agrafką deklaruje wspracie dla emigrantów, daje sygnał, że w jej towarzystwie możemy się czuć bezpiecznie.

       

      W Aberdeen niby spokojnie, ale...

      ...jakaś zadra niewielka utknęła w sercu; gdzieś w podświadomości, z tyłu głowy rosną obawy, strach, niepokój. Nie wiem co będzie jutro. Może nic, może ktoś rzuci kamieniem  w polski sklep, może wygram na loterii, albo przestanę odzywać się po polsku w miejscach publicznych, żeby kogoś nie sprowokować. Nie wiem, ale do Polski i tak nie wrócę.

       

       

      *Polish to polski, ale również polerować

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 czerwca 2016 22:33
  • sobota, 25 czerwca 2016
    • Brexit

      Ja nie wiem, ja się nie znam, ja chciałabym w spokoju zająć się swoim życiem, a polityka znowu mi się z lekka w to życie wpie*dala – yyy, znaczy ingeruje.

      Do stresu co z tym kredytem (przyznali!), jak Hanna Emilia doleci do NY (terroryści, wszędzie terroryści!), czy nieoficjalny boyfriend podpisze umowę o pracę i wyjedzie w Kraje Arabskie (bez komentarza…), doszedł jeszcze  Brexit.

       

      Nikt tego nie brał na poważnie. A może ludzie brali, ale ja miałam co innego na głowie? Nagle bęc, budzę się rano, burza za oknem (nietypowo w Szkocji, więc wiedziałam że z tego nic dobrego nie wyniknie), a necie już huczy – UK odchodzi! Unia płacze! Szkocja jest wkurwiona!

       

       

      Strach przed nieznanym zaciska się bólem wokół oczu. Poziom stresu, w jakim żyję obecnie wystrzeli mi wszystkie żyłki w kosmos i zemrę śmiercią tragiczną. Nie pytajcie mnie co będzie, bo tego nikt nie wie. Co mówi szkocka ulica też różni się od tego, co mówi ulica angielska czy irlandzka. Podejrzewam, że ekonomicznie wcale się aż tak nie zmieni, prędzej politycznie, ale generalnie zrobił się nieprzyjemny smrodek.

       

      Szkocja zawsze była bardziej. Bardziej na północ. Bardziej przyjazna i otwarta. Bardziej szczera. Bardziej zimna i wilgotna. Bardziej zakręcona. I bardziej niezależna, nawet będąc częścią Królestwa. Nigdy nie czułam się tutaj emigrantką, kimś obcym czy gorszym, zabierającym pracę i zasiłki (chociaż w ostatnim czasie nie dość że zasiłki biorę to i jeszcze szkockiego chłopa podebrałam!). Jedyne czego doświadczałam to przyjazne nastawienie, chęć pomocy, otwarci, sympatyczni ludzie. Żadnych przykrości, psiejsko-czarodziejsko, istna sielanka. Nie wiem, może to kwestia miejsca pracy, dzielnicy, a może mojego charakteru. Nic się tutaj nie zmieni – tak chcę myśleć.

       

      Bardziej wierzę Nicoli Sturgeon, szefowej szkockiego rządu kiedy mówi to:

       

      niż komukolwiek ze zwolenników wyjścia z EU mówiącemu:” sytuacja obywateli Unii Europejskiej przebywających zgodnie z prawem w Wielkiej Brytanii nie ulegnie zmianie. Ci obywatele UE automatycznie otrzymają pozwolenie pobytu na czas nieokreślony (indefinite leave to remain) w Zjednoczonym Królestwie i będą traktowani nie mniej korzystnie niż obecnie.” Zastanawiam się, czy pozwolenie trzeba będzie nosić zawsze przy sobie? Może będzie to forma wklejki w paszporcie, którym człowiek okazywać się będzie przy okazji kupowania cidra w Asdzie? Albo od razu naszyjmy sobie gwiazdy na rękawy?

       

      Teoretycznie prawo nie działa wstecz. Praktycznie okazać się może, że trzeba będzie aplikować o pozwolenie na pracę. Które być może zostanie nam przyznane, być może nie. Bez pracy nie ma dochodów. Bez dochodów nie ma kredytu, czynszu, benzyny, ani wspomnianego cidra. Bo nie wątpię, że jedną z pierwszych rzeczy będzie odebranie prawa do zasiłków – przecież emigranci żyją wyłącznie z benefitów, nieprawdaż….

       

      Prawdopodobny scenariusz to drugie referendum w sprawie niepodległości Szkocji – oraz wstąpienie na ścieżkę przyjęcia do Unii. Bo Szkocja przecież jest bardziej :)

       

      A to zostanie osamotnionym Anglikom na tea time

       

      ps. komentarz Hanny Emilii: ale mamo, do Polski nie możemy wrócić przecież! Kanada?!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Brexit”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2016 00:06
  • poniedziałek, 20 czerwca 2016
  • sobota, 11 czerwca 2016
    • Ciasteczko

      Wyjazd do Londynu odbił się w tym tygodniu ostatnią czkawką w postaci potrojonego rachunku za telefon, a  w zasadzie za zużycie nadprogramowego internetu. Do tego stopnia, że zablokowała się komórka do czasu uregulowania płatności…


      Nie ma jednakże tego złego co by na dobre i tak dalej – Londyn oprócz wizy dla Hanny E, zacieśnienia więzów matka-córka, również zradykalizował mój weganizm. Do tej pory dopuszczałam kawę z mlekiem krowim wypijaną gdzieś na mieście (kawa z sojowym jest lekko fuj) oraz Pizza Friday czyli piątkową pizzę z serem, ostatni bastion wegetarianizmu w moim życiu. Ale w Londku jakoś tak niespodziewanie w Pizza Express zamówiłam Pianta, pizzę bez sera za to ze szpinakiem, grzybkami i karczochami (pamiętacie śpiewające karczochy w Muppet Show?!) – mniam :) Czarna kawa, w przypadku braku mleka roślinnego innego niż sojowe, okazuje się być absolutnie fantastyczna – w umiarkowanych ilościach.


      Radykalizm wegański kontynuuje się w Aberdeen, poza wczorajszym załamaniem nerwowym z serem w tle. Kojąc nerwy upiekłam ciasto, a na prośbę kilku znajomych osób podaję przepis.


      Przepis pierwotny pochodzi ze strony BBC. Za pierwszym razem zmieniłam tylko jajka na banany, za drugim zmian było więcej. Oryginał w języku angielskim tutaj, a poniżej moja wariacja na temat.

       

      Owocowe ciasto z posypką, wersja wege

      Masa owocowa

      200g mrożonych owoców (truskawki, jagody, maliny, ostrężyny, porzeczki i takie tam)

      50g cukru nierafinowanego (ja dałam trzcinowy)

      2 łyżki mączki kukurydzianej (chodzi o zagęszczenie, żeby się dżemik zrobił)

       

      Ciasto

      200g białej mąki

      20g pełnoziarnistej mąki

      ¾ łyżeczki proszku do pieczenia

      ½ łyżeczki cynamonu

      50g zmielonych migdałów (albo garść płatków migdałowych albo w ogóle pominąć)

      200g cukru nierafinowanego

      80g masła roślinnego

      1 banan

      40g jogurtu roślinnego rozcieńczonego 2 łyżkami mleka roślinnego


      Posypka

      (idąc na łatwiznę kupiłam gotową w Asdzie – jedno opakowanie na dwa razy…)

      110g białej mąki

      70g zimnego masła roślinnego

      30g nierafinowanego cukru

       

      1. Piekarnik nastawić na 180C; formę 26cmx20cm wyłożyć papierem do pieczenia

      2. W rondelku owoce zalać 50ml wody, doprowadzić do wrzenia, zmieniejszyć gaz i gotować przez 2-3 minuty; w misce zmieszać mąkę i cukier – wsypać do owoców, zamieszać i gotować przez kolejne 2-3 minuty; odstawić do ostygnięcia

      3.Przygotować posypkę mieszając ze sobą wszystkie składniki

      4.W misce zmieszać suche składniki na ciasto: mąka, cynamon, proszek do pieczenia (+ ew. migdały)

      5. W innej misce zmiksować mokre składniki ciasta: pokrojony w plastry banan, rozpuszczone masło, cukier, jogurt z mlekiem. Miksować aż do rozpuszczenia cukru; dodać do suchych składników i wymieszać.

      6. Na przygotowaną formę wyłożyć ok. 2/3 ciasta, rozsmarowując równomiernie; na wierzch położyć masę owocową – ja posypałam jeszcze wierzch płatkami migdałowymi. Na ciasto i owoce położyć pozostałą część ciasto – rozsmarować (co nie jest łatwe, bo masa jest dość ciężka) o tyle, o ile – i tak się zapiecze :) Na wierzch posypka

       

       

      7. Pieczemy 50 minut – ciasto lekko wyrośnie, a posypka się zrobi złota. Ja wyłączam piekarnik po 45 minutach i zostawiam jeszcze na 5-7 minut. Wyjąć, odstawić do ochłodzenia, nie wyjmować z formy, spróbować nie kroić natychmiastowo! Odczekać chociaż 5 minut…

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      sobota, 11 czerwca 2016 22:40
  • niedziela, 05 czerwca 2016
    • Londyn

      Londyn jak do tej pory nie miał w mojej głowie najlepszych konotacji. Pierwszy raz zwiedzałam stolicę w towarzystwie Biszopa i usiłowałam radośnie świętować moje okrągłe urodziny. Pogoda też jakby nie pomagała, czego się spodziewać po listopadzie. Dwudniowy wyskok w ubiegłym roku trudno tu nawet wspominać, bo głównie się wtedy gadało oraz jadło kolację w polskiej, mocno przepłaconej restauracji.


      Ostatni wyjazd nie mógł naprawić moich złych skojarzeń z dwóch powodów – rozmowa w ambasadzie USA, która nie daje żadnej gwarancji na wizę oraz moja osobista fobia wyjazdowa, której nabawiłam się niedawno.


      Jak już wszyscy wiedzą Hanna E wizę dostała, jeden stres z głowy mniej. Na dodatek Londyn w jej towarzystwie wpłynął łagodząco na moją fobię*


      (Nieomal wszystkie zdjęcia jakie mamy z tego wyjazdu dotyczą żywności…)

       


      Londyn Gatwick, lotnisko w remoncie. Szybkie (wegańskie) śniadanie w drodze do Londynu Centralnego.


      Z Victoria Station żwawo ruszyłyśmy na podbój stolicy. Czy w planie zwiedzania był Big Ben? London Eye? British Museum? Może chociaż Madame Tussauds albo Tower Bridge? Nic z tego, celem był sklep Screenface specjalizujący się w profesjonalnym makijażu oraz charakteryzacji teatralnej, filmowej i efektach specjalnych.


      W drodze do sklepu przeszłyśmy obok Buckingham Palace, który nie wzbudził entuzjazmu H E („w tej ruinie mieszka królowa?! Nie stać jej na remont???”) oraz zjadłyśmy lunch w parku. Posilone i zachęcone świetną pogodą nadal spacerkiem przeszłyśmy do dzielnicy Covent Garden, gdzie powinien być sklep. Ale go nie było, ponieważ biznes przeniósł się w całości w wirtual… Na pociechę w oko wpadła nam lodziarnia Amorino – lody w kształcie róży, sorbety do picia i makaroniki z lodowym nadzieniem.

       


      W poszukiwaniu odpowiedniej stacji metra zawędrowałyśmy na Trafalgar Square i zakochałyśmy się w tym miejscu :) Tyle się tam dzieje! Grają, śpiewają, malują, opowiadają…Och, mogłybyśmy siedzieć godzinami. Na pamiątkę miłości dostałyśmy pierścionki – za dziękuję, za kilka drobnych monet, za dobrą myśl.

       

       

      Seymour Hotel wybrałam kierując się wyłącznie odległością od ambasady USA – miejscówka genialna w swojej lokalizacji: tuż obok Hyde Park, pół godzinki spacerem od naszego celu, rzut beretem od stacji Paddington. Londyn na wyciągnięcie ręki! Niestety jakość hotelu miała się odwrotnie proporcjonalnie do jego atrakcyjnego adresu. Czego się jednak spodziewać robiąc rezerwację przez booking.com? Do pokoju się szło i szło i szło, po schodach, które z piętra na piętro robiły się coraz węższe. A nas bawiło to z piętra na piętro coraz bardziej– ostatnie metry do drzwi Hanna czołgała się osłabiona śmiechem, tylko po to, żeby w naszym maleńkim pokoiku na wysokościach paść na łóżko. I nieomal zejść w kolejnych paroksyzmach śmiechu na widok naszej łazienki. Bez marudzenia jednakże, łazienka miała ciepłą wodę, łóżka czystą pościel, okolica spokojna, a sąsiedzi zza ściany nie chrapali – aczkolwiek dzięki kartonowym ścianom dało się słyszeć wodę gotującą się w ich czajniku.

       

      Łazienka wielofunkcyjna – siedząc na kibleku można jednocześnie myć nogi lub szorować zęby oczszędzając w sposób zdecydowany cenny czas.

       

      Londyn z Hanną Emilią plasuje się w pierwszej trójce naszych ulubionych wspólnych wyjazdów – zaraz z Majorką sprzed stu lat (która rządzi niepodzielnie) i Sundrum Castle (boski tydzień z Hanną E, Zuzanną i Charlie w karawnie) dwa lata temu. Bo zadziwiająco moja córka – uważajcie na to! – daje mi swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa w naszych samodzielnych wyjazdach.

       

      *fobia rzecz jasna dotyczy sytuacji, które mogą się wymknąć spod mojej kontroli. A co może być mniej kontrolowalne niż wyjazd w nowe, nieznane miejsce?

       

       uprzejmie przepraszam za chaotyczny wpis i być może kolejne - trochę  się miesza w naszym życiu, ale zmierza ku lepszemu :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 czerwca 2016 23:30
  • sobota, 28 maja 2016
    • London (Aberdeen) New York

      Jak to jest, że niektórym ludziom rzeczy przychodzą lekko,łatwo i przyjemnie, a inni muszą się przeczołgać fizycznie, psychicznie i finansowo, żeby coś mieć? Owych niektórych to osobiście nie znam, za to rzeczonych innych to na pęczki – nie wątpię jednak, że tak właśnie jest urządzony świat. Nie narzekam, stwierdzam fakt.


      Faktem jest, że amerykańska wiza Hanny Emilii – którą i owszem dostała, dała nam nieco do wiwatu.


      Teoretycznie dziecko w jej wieku nie musi się w ambasadzie pojawiać – wystarczy wysłać aplikację, paszport i zdjęcie kurierem, wcześniej wnosząc wymagane opłaty. Teoretycznie nic więcej nie chcą , ale ja tam swoje wiem...Dołożyłam więc i list potwierdzający że H E chodzi do szkoły, i list od amerykańskiej ciotki, która H E gościć będzie, i zgodę moją (potwierdzoną notarialnie) na samodzielny wyjazd dziecięcia, i zgodę Biszopa że w sprawach córki mogę się rządzić bez niego (przetłumaczoną przysięgle). Generalnie kupa makulatury, a wizy i tak nie przyznano, nakazując Hannie Emilii stawić się na osobistą rozmowę.


      Do ambasady.


      Do Londynu.


      Co nadal nie było żadną gwarancją otrzymania wizy...


      Kłody powiadam wam, kłody pod nasze nogi i końca nie widać.

      Termin do ambasady udało się zarezerwować w rekordowo szybkim tempie, niestety  godzina spotkania, niezależnie czy brać najwcześniejszą czy najpóźniejszą, wymagała od nas wycieczki na dwa dni.


      Przypomnijmy może w tym miejscu, że jestem kompletnie pierdolnięta na punkcie planowania i miania wszystkiego pod kontrolą. Nie, to nie jest lekka obsesja, to jest psychoza. Tego się nie leczy, z tym trzeba się nauczyć żyć. I dziękować bogini, że najbliższe osoby potrafią w tych psychopatycznych momentach być mi wspraciem, a nie wyparciem.


      Ad rem jednakże :)

      Psychopatyczna matka w jeden dzień zrobiła rezerwację samolotu, pociągu, autobusu, parkingu, hotelu. Gdyż podróż nasza przewidywała poruszanie się niemal każdym rodzajem komunikacji poza rowerem, łodzią i paralotnią. Najpierw Roberto nas zawiózł na lotnisko, potem  samolot do Londynu Gatwick, pociąg Gatwick Express do centrum stolicy, metro do hotelu, a następnego dnia autobus na lotnisko Londyn Luton, samolot, auto, dom. Wszystko zgrane i dograne i nie dajcie siły wyższe, żeby się coś gdzieś przesunęło!


      Cały pierwszy dzień przeszwędałyśmy się po stolicy i osobiście wpadłam w zachwyt -Londyn z Hanną Emilią to bajka! Ileż prawdy jest w stwierdzeniu, że nieważne gdzie, ważne z kim…


      Spotkanie w ambasadzie miałyśmy wyznaczone na godzinę 11 rano. O 9.30 byłyśmy na miejscu, ot tak tylko sprawdzić jak się sprawy mają. Trzy różne kolejki przed budynkiem (ba! przed ogrodzeniem nawet) troszkę nas zdenerwowały, ale Pani Porządkowa przegoniła nas i kazała wrócić pół godziny przed naszą godziną. Co też uczyniłyśmy.


      Najpierw odstałyśmy swoje w kolejce numer jeden, gdzie Pani Porządkowa dała nam woreczek, do którego należało włożyć telefon komórkowy, klucze, monety, pasek i zegarek. Potem odstałyśmy swoje w kolejce numer dwa, gdzie Pani Porządkowa sprawdziła nasze papiery. Przy okazji wyszło na jaw, że brakuje nam jednego wydruku – stan przedzawałowy, ujęcie pierwsze. Żwawym krokiem do punktu fotograficzno-graficznego, gdzie dokonaliśmy wydruku. Żwawym krokiem z powrotem pod ambasadę do kolejki numer dwa. Pani Porządkowa sprawdziła dokumenty i wysłała do kolejki numer trzy. Kolejka numer trzy pozwoliła nam znalezć się za ogrodzeniem czyli już po amerykańskiej stronie! Gdzie Pan Strażnik dla odmiany, sprawdził czy H E na zdjęciu w paszporcie zgadza się ze zdjęciem na aplikacji. Oraz odesłał nas do Pani Porządkowej, bo zaproszenie na rozmowę dotyczyło wyłącznie H E – jako rodzic osoby nieletniej mogłam jej towarzyszyć, ale trzeba było mnie dopisać na aplikacji (dopisek brzmiał „and mum”/”i mama” – bez komentarza…). Z chodnika po amerykańskiej stronie wpuszczono nas do pomieszczenia z bramką do wykrywania metali, prześwietlono, zapytano czy nie wnosimy broni, laptopa lub kija do robienia selfików.


      I tak minęło nam 40 minut zanim weszłyśmy do budynku. Gdzie Pan w Recepcji sprawdził nam dokumenty, przydzielił numerek i wskazał salę-poczekalnię. Numery na tablicy wyświetlały się szybko, ludzie podchodzili do okienek i załatwiali swoje sprawy w pięć minut. Wow! pomyślałam – rach, ciach i będzie po wszystkim, a tu nawet  jeszcze południa nie ma!


      Upatrzyłam sobie jednego Pana w Okienku, wydawał się sympatyczny i jakoś tak bosko mi się kojarzył ze starą ekipą konsularną z Edynburga. Pozytywne wibracje słałam w jego stronę i udało się – Pan w Okienku okazał się Polakiem, ale na tym nasz sukces się zakończył, bo Pan był władny jedynie – no tak, zgadliście - Pan w Okienku był władny jedynie sprawdzić nasze dokumenty…oraz wskazać kolejną poczekalnię…


      …w której spędziłyśmy upiorne dwie godziny, zanim pozwolono nam przejść do kolejnego okienka i kolejnego w nim pana,


      …dwie godziny, które spędziłam nadwyrężając mój limit internetu oraz baterię komórki,


      …dwie godziny, w czasie których przeliczyłam trzy razy ile ludków jeszcze przed nami (sześć rzędów przed nami i pięć rzędów z boku; każdy rząd po dziewięć krzeseł i dziewięć siedzących na krzesłach dupek),


      …dwie godziny, dwieeeeee godzinyyyy ziew, ziew.


      Pan w Okienku numer Dwa zadał nam dokładnie cztery pytania: gdzie się H E wybiera, kiedy się wybiera, gdzie ja pracuję oraz czy posiadam wizę. Kliknął kilka razy kalwiaturką i życzył H E udanych wakacji w USA. Znaczy wizę przyznał. Na 10 lat. Paszport odeślą do domu w ciągu siedmiu dni.

       

      Trzy godziny jak w pysk strzelił. Z emocji wielkich zachciało nam się jeść, a potem miałam stan przedzawałowy, ujęcie drugie, kiedy autobus mający nas zawiezć do Luton haniebnie się spóznił (a my nawet nie byłyśmy pewne czy stoimy na właściwym przystanku). Przyjechał jednakże i udało mi się odetchnąć z ulgą tylko po, żeby zaliczyć stan przedzawałowy, ujęcie trzecie – kiedy uświadomiłam sobie, że H E nie ma się czym okazać na lotnisku, bo jedyny dokument tożsamości właśnie zostawiłyśmy w ambasadzie…

      W bonusie miałam nieżywą komórkę, bo bateria odmówiła posługi. Oraz wizję kolejnej nocy w Londynie, powrót do Szkocji pociągiem, ekstra opłaty za Roberto na parkingu.


      EasyJet okazał się jednak zupełnie nie rygorystyczny – H E miała tylko swoją kartę bankową, na którą  zaledwie rzucono okiem i udało nam się w jednym, mocno znerwicowanym kawałku wrócić na nasz szkocki koniec świata.


      Pół butelki czerwonego wina  pózniej, zrelaksowana długą przyjazną rozmową i własnym łóżkiem, zapadłam w sen dziki o Nowym Jorku – czuję, że Hanna Emilia zakocha się w tym mieście :)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2016 00:48
  • piątek, 13 maja 2016
    • Wonderbra

      Będąc w przededniu rozwodu (papiery się wypełniają) zostałam uświadomiona w następujących kwestiach: jeśli nie otrzymam rządowej pomocy finansowej, tzw legal aid, rozwód kosztować mnie może nawet £1500; oraz że alimenty na Hannę Emilię zostaną nam w najbliższej przyszłości obniżone o jakieś zgrabne 70%.


      Rozwodzić na dobrą sprawę się nie muszę, mogę do końca dni swoich żyć w separacji, tym bardziej że do panieńskiego nazwiska wracać nie zamierzam. No ale jednakże kto wie, może jeszcze kiedyś ktoś przyklęknie na kolanko, obślini mi łapkę, a ja będę mogła wyszeptać ‘say yes to the dress’* (chociaż jeśli zrobić miałby to facet , którego mam na myśli, oszczędziłby nam takiej tandety). Więc niezależnie od kosztu, rozwód się odbędzie.


      Alimenty zapisane w ugodzie separacyjnej złożonej w szkockim sądzie, niejak się mają do tajskiej rzeczwistości. Porada gratis dla planujących rozwód – jeśli jesteś stroną płacącą, a bardzo tego nie chcesz, emigruj do Tajlandii. Nie wiem jak Polska, ale Wielka Brytania nie ma podpisanej umowy w kwestii ściągania należności. To co zasądzi sąd w UK, można sobie oprawić w ramkę i powiesić nad kominkiem, bo nie istnieją prawne narzędzia wyegzekwowania alimentów.

       

      W związku z powyższym, zapobiegawczo tniemy koszty życia. Na pierwszy ogień poszła siłownia, która od poworotu z Polski i tak zaczęła mnie nudzić. Nie chcę, nie lubię i jeszcze za to płacę. No to ciach.


      Żeby jednakże nie popaść w zgniliznę fizyczną, biegam więcej. Skoro z psem muszę i tak wychodzić codziennie, to co mi zależy zamiast spaceru odrobinę się przyłożyć i potruchtać? Tym bardziej, że Charlie przebieżka też się przyda.


      Nasze bieganie to właściwie jest biego-spacer, aczkolwiek staram się co najmniej 90% trasy biec – pozostałe 10% to przystanki na siusiu i inne potrzeby fizjologiczne psa. Staram się również biec możliwie równym tempem, ale Charlie jakoś nie łapie tej idei. Na początku pies biegnie jak torpeda – uszy po sobie, nisko na łapach, nos wyczuwa zwierzynę – coś jej się z przodków przypomniało i udaje że to polowanie. Jakby nie było, w połowie jest Jackiem Russellem, którego używano na lisy. Patataj byle szybciej, pies szarpie smyczą. Potem łagodnieje, biegnie równo, przy nodze, wącha trawę w przelocie – normalnie kłapciaty ideał biegacza. W okolicach trzeciego kilometra odzywają się geny tatusia czyli Bichon Frise, kanapowca znaczy się. Każdy krzaczek z osobna wart jest wąchnięcia, udawanego siknięcia, każdy płot filozoficznej kontemplacji, a dzieci, rowery, wózki – przyjaznego machnięcia ogonem, a może nawet pogłaskania, polizania; każdy trawnik wytarzania, a inne psy koniecznie należy przywitać. Pies  się przemieszcza dostojnie, ja szarpię smyczą. I tak nam kilometry przebiegają.


      Bieganie nasze jest trochę koniecznością, trochę przyjemnością, trochę rozsądkiem. Niewątpliwie tanim kosztem daje duży kop endorfin, a tych przecież nigdy za dużo, nawet jak się jest zakochanym.  Do profesjonalnego biegania – w sensie obuwniczo-ubraniowo-gadżeciarskim, jest nam daleko niczym do mety maratonu. Wydawać by sie  mogło, że wystarczy mieć buty, gacie i topik, a to wcale nie takie proste w naszym przypadku, bo nleży jeszcze mieć: drobne snacki dla Ch (dziecko się przyzwyczaiło dostawać nagrodę za pewne poprawne zachowania); woreczki na kupeczki; klucze (do mieszkania trzy, do samochodu jeden ale za to gruby – bo wszystkie razem na jednym kółku); komórke (liczy kilometry i kalorie); smycz automatyczną; piese.


      Psie chrupki i woreczki mogą biegać w kieszeni, bo dużo miejsca nie zajmują. Za to klucze w kieszeni dzwnią jak dzwon Zygmunta, więc muszę je trzymać w ręce. W drugiej ręce mam smycz, a trzeciej jeszcze nie wyhodowałam, więc komórka do kieszeni. Niestety, zbyt płytka kieszeń nie jest dobrym dla niej schronieniem  - za pierwszym razem iPhone pięknym łukiem wylądował na chodniku, szurając przedtem przez chwilę (alleluja i dziękować bogini za ochraniacz na wyświetlacz). Konsternacja.

      niezbędnik biegającej z psem


      Rowiązanie? Jedyne dostępne w tym momencie, proste i jakże genialne, wprost od prababek i ich gorsetów – komórka w biustonosz sportowy i w trasę :)

       

      Ps. „say yes to the dress” oglądam namiętnie nie wiedzieć w sumie po co, bo wizja białej sukni osobiście do mnie nie przemawia

      Ps. Tak, wiem – w biustonoszu takim jak mój się nosi cycki a nie telefon, chyba jednak zainwestuję w  odpowiedni z kieszonką na komórkę właśnie…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wonderbra”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      piątek, 13 maja 2016 23:35
  • piątek, 06 maja 2016
    • Rozmowy niekontrolowane

       

      Wychodzimy do szkoły, kaptur w kurtce Hanny Emilii utknął  od środka, tworząc mały garb:

      - Córka, weź się popraw bo wyglądasz jak...

      - Kartoshka?

      (Hanna Emilia ma w klasie Litwinkę, albo Łotyszkę, a może nawet Rosjankę, ciężko dociec, bo dziecko powiedziało, że koleżanka jest pół rosyjska, pół litewska, a pół szkocka...)

       

       

      - Mamo, co byś zrobiła gdyby Donald Trump wygrał?

      - Ale on startuje w Stanach, nie w UK.

      - No, ale co byś zrobiła??

      - Chyba trzeba byłoby wyjechać znowu...

      - Do Korei, bo to prawie jak Japonia!!!         

      (dlaczego nie można byłoby wyjechać bezpośrednio do Japoni??!!)

       

       

      - Mamo, co doradziłabyś 13letniej sobie, gdybyś mogła wrócić w przeszłość?

      - Nic, wszystko co zrobiłam w przeszłości miało swój sens.

      - A ja bym powiedziała nastoletniej mi, żeby była bardziej odważna, bo jak byłam w podstawówce, to bałam się ludzi z kolczykami i farbowanymi włosami...

      (powiedziało moje czerwonowłose dziecko, którego najbliższa szkolna koleżanka ma cztery kolczyki na twarzy oraz fioletowe włosy)

       

       

      Codziennie w drodze do szkoły spotykamy kobietę odprowadzjącą dzieci do podsawówki/przedszkola; nazywam ją Pani Wiosna, bo ma śliczną kurteczkę całą we kewiaty, a czasem nawet kwietne leginsy:

      - Wiesz co córka, tak myślę że Pani Wiosna może być Polką, jakoś tak mi wygląda...

      - no, albo Rosjanką  (po kilku sekundach) – nie, na Rosjankę jest niewystraczająco ładna...

      (rusofilka mi tu rośnie pod bokiem, hłehłe)

       

       

      Na lekcji wychowawczej zwanej w Szkocji Personal and Social Education (PSE ), uczą się właśnie o środkach antykoncepcyjnych:

      - Mamo, myślisz że powinnam zacząc brać tabletki? Bo ta taka, no wiesz (w  tym miejscu pomachała łapką próbując pokazać co to jest ta taka ta – chyba chodziło o spiralę), to chyba jest za duża dla mnie…

      - (nic mnie nie zaskoczy, jestem Matka-Ninja) Córko, tabletki będą ci potrzebne kiedy zaczniesz uprawiać seks; masz chłopaka?

      - Nie, na razie spędzam czas z moim iPadem J

      (słychać ten kamień spadający z mojego serca?!)

       

       

      Zdarza nam się – po równo dziecku i mnie – dać słowny upust  emocjom. Jak mnie dziecko wkurzy, to je zobelżę mówiąc ‘ty kmiotku’, co wprawia nas obydwie w stan głupawki.

      - A zauważyłaś córka, że wszystkie fajne słówka po polsku zaczynają się na K? Knypek, kmiotek...

      - Kurwa!


       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      piątek, 06 maja 2016 23:49
  • sobota, 30 kwietnia 2016
    • Coś mi się zachwiało

      albo dlaczego mam tendencję do wpadania w poczucie winy


      Jak się złoży naraz i do kupy kilka różnych rzeczy, to człowiekowi jakaś żyłeczka pęka, nieprawdaż. Taki życiowy tetris, psiakostka – albo uda sie zniwelować poziom (i uspokoić), albo game over (i pęka rzeczona żyłka).


      Zawsze mi się wydawało, że jestem całkiem dobrą matką. W skali 0-10 dawałam sobie nieskromnie licząc jakieś 8, może nawet 9 punktów. Bo właściwie dlaczego nie? Nieświadomie stosowałam macierzyństwo bliskości, zanim stało się ono modne, wychodząc z założenia że prawidłowo zainwestowany czas z dzieckiem (zabawy, rozmowy i właśnie bliskość), zwróci się w postaci dobrze wychowanej dziewczynki. Dobrze wychowanej w sensie – otwartej na świat, myślacej samodzielnie, empatycznej. Grzecznej, ale nie ugrzecznionej. Pewnej siebie, ale nie zarozumiałej. Asertywnej, ale nie roszczeniowej.


      Niestety, w tym mrocznym czasie zwanym dorastaniem, jakkolwiek Hanna Emilia prezentuje to wszystko co powyżej, to dodatkowo jest wredną małą gangreną; zapatrzoną w siebie egoistyczną glizdą; knypkiem nikczemnym z iPadem przyklejonym do łapy i słuchawkami na stałe wrośniętymi w uszy. Kocham ją okrutnie, ale czasem po prostu jej nie lubię (z wzajemnością zresztą).


      Kiedy zaczyna mi dokładać swoim zachowaniem kolejne klocki tetrisowe – bo nie sprząta, bo nie pomaga, bo z psem nie wychodzi – moje poczucie bycia dobrą matką, chwieje się. Nie tak od razu, najpierw się wkurzam – trochę krzyczę, trochę płaczę, trochę się miotam bez sensu. Zapominam, że nastolatka to wynalazek podobny w konstrukcji do faceta: powiedz konkretnie, co chcesz żeby było zrobione, krótkie w formie i treści przekazy z bonsuem w postaci pokazania palcem, tudzież wrzucenia odkurzacza wprost do pokoju. Nie licz, że sama z siebie, że się domyśli. No może, czasem – zrobi herbatę, albo przykryje kocykiem, jak już matka złachana pada na dziób.


      Ale zanim to wszystko, to zanurzam się w poczuciu winy, jakżeby inaczej. Bo przecież to moja wina, że nie sprząta, nie pomaga, z psem nie wychodzi. Moja, bo zamiast nakazywać – rozmawiałam, jak z równorzędnym człowiekiem, nawet jeśli ten człowiek miał lat 5. Moja, bo szanowałam jej uczucia, pozwalałam mówić ‘nie’, kiedy nie miała na coś ochoty. No moja, jak w pysk strzelił, idę się samobiczować w związku z tym. Bo ja tutaj śpiewam, tańczę, recytuję – ogarniam życiowe burdello – praca, dom, dziecko, pies, a ona sobie siedzi i ogląda kolejny sezon Walking Dead - znaczy zle wychowałam potwora.


      Moje rodzicielstwo jest totalne, wielofunkcyjne i 24/7. Biszopa rodzicielstwo – kolejny tetrisowy klocuszek – jest jednowymiarowe, sprowadzone do alimentów raz w miesiącu i rozmów telefonicznych z córką raz w tygodniu. Całe 5 minut (uśredniając). No ale to poniekąd też moj wina, bo kto kazał mi się rozwodzić? Gdyby nie moje fanaberie, Hanna Emilia miałaby ojca na miejscu, a nie na telefonie z drugiego końca świata. Bo przecież wyjazd Biszopa do Tajlandii jest również moją winą – logicznie wynika to z winy rozwodowej. Moje poczucie dobrze podjętej decyzji, chwieje się wtedy ale  wyłącznie ze względu na Hannę Emilię. Przy okazji funduję sobie kolejne poczucie winy – egoistka zebrała swoje życie w dwie walizki, pozbawiając dziecko pełnej, aczkolwiek lekko dysfunkcyjnej rodziny.


      Wpychanie się w poczucie winy wydaje się być moim nowym hobby. Patrzę na psa i mam poczucie winy, że za mało się z nią bawię. Patrzę na telefon i mam poczucie winy, że za rzadko dzwonię do rodziców. Facebook podsuwa mi wspomnienia i zdjęcia – poczucie winy, że zaniedbuję przyjaciół. Waga w łazience – zaniedbuję wyjścia na siłownię. Tusz do rzęs L’Oréal – poczucie winy, że testowany na zwierzętach.  Zawsze i wszędzie – poczucie winy, że powinnam więcej, lepiej i mądrzej.


      Żyłka wczoraj nie pękła, a tetris się wyzerował przy pomocy terapeutycznej rozmowy i głaskania po główce na odległość. Ustawiono mnie do pionu i kazano pomyśleć, a nie roztkliwiać się emocjonalnie. Hanna Emilia przechodzi przez hormonalny okres burzy i naporu, ale przecież w gruncie rzeczy jest inteligentną, ironiczną, niezależną młodą kobietką. Ojcostwo Biszopa nijak ma się do miejsca zamieszkania,a rozstanie z nim - mimo dołożenia mi milionapieńciuset nowych obowiązków, nadal sprawia że się uśmiecham. Do matki się zadzwoni i nagada przez godzinę; psa się wytarmosi i wybiega jak tylko wróci do Szkocji wiosna; nowy tusz kupi się w Lush, wagę schowa się pod szafę, a przyjaciele mają taką samą drogę do mnie, jak ja do nich :P

      Więcej, lepiej i mądrzej już jest – przecież w nowym związku nie popełnia się starych błędów :)

       

      ps. wpadam w poczucie winy, bo mam defekt mózgu zwany przyzwoitością

      ps. wieczorem przyszło dziecko i powiedziało: "przepraszam, jesteś super mamą i wiem, że niektóre dzieci mogą tylko o takiej mamie marzyć, wiesz że cię kocham" - także ten...może jednak dziwięć punktów :)

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Coś mi się zachwiało ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      sobota, 30 kwietnia 2016 00:35
  • sobota, 23 kwietnia 2016
    • Szamka na mieście

       

      Zwyczajowo restauracje mają w swojej ofercie dania wegetariańskie. Nawet jakiś wybitnie mięsny burgerowiec jak Handmade Burger Co, posiada dziwo w postaci burgera warzywnego. Dania wegańskie nadal są w ogromnej mniejszości. Zdesperowany roślinożerca, jak go już znajomi /rodzina przymusili do konsumpcji poza domem, mógł w akcie desperacji nażreć się frytek i dopchać sałatą. Na szczęście coraz cześciej restauracje sieciowe – widząc w tym swój biznes raczej, a nie moralne nawrócenie – włączają do menu dania stricte wegańskie.

      Zizzi, Bella Italia (makarony poza tagliatelle są wegańskie czyli bez jajek), Pizza Express (wszystkie trzy kuchnia włoska), Las Iguanas (Ameryka Łacińska), Pret a Manager (fast food na poziomie), Randezvous at Nargille (kuchnia turecka). Wszelkie azjatyckie knajpy, za którymi akurat nie przepadam, roślinożercom zejść z głodu nie dadzą (Wagamama  na przykład). I nie, nie mówimy tutaj o daniach  głównych minus ser, tylko kompletnym osobnym menu. Bardzo nam jest wszystkim miło z tego powodu, że planując weekendowe szaleństwa można się umówić na kolację w restauracji, która będzie odpowiadać absolutnie wszystkim.


      Oczywiscie w dużych miastach są miejsca w całości wegetariańsko-wegańskie, bardziej i mniej dostępne cenowo, Aberdeen pod tym względem jest jednakże dziurą. Totalną i kosmiczną - jadaj w domu albo przynieś własną trawę, jak już musisz jeść poza nim. Czy mnie to przeszkadza? Niekoniecznie – w miejscach publicznych jadam rzadko, bo po prostu wolę gotować sama. Wiem co ląduje w garze i co sprawia, że jestem szczęśliwa– kapustka z grzybkami ostatnio rządzi w mojej kuchni, idealny comfort food!


      Z pewną taką więc nieśmiałością poszłam do Foodstory – jedynej wegetariańsko-wegańskiej kafejki w moim mieście. Nie, nie byłam uprzedzona aczkolwiek trochę dało mi do myślenia dlaczego Mr Vegan nigdy mnie tam nie zabrał, ba! sam nigdy tam nie był! Wolę myśleć, że z tym miejscem jest coś nie tak, a nie z nami ;) Sądząc jednakże z ilości lajków i entuzjastycznych opinii na fb, może być całkiem zupełnie odwrotnie...albo w zachwyt wpadają ludzie, którzy nie potrafią gotować ;)


      Pierwszy raz miałam okazję wpaść na szybki lunch do Foodstory w oczekiwaniu na spotkanie w sprawie mieszkania. Z mieszkania nic nie wyszło, a lunch był całkiem ok – zupa jabłkowo-selerowa smakowała jakoś tak żurkowato, chleb był świeży i chrupiący, a herbata orzeźwiająco żurawinowa.  Więc plus. Plus za fajną obsługę i klepsydrę odmierzającą czas zaparzania herbaty. Minus za brak atmosfery – zanim ktoś zacznie krzyczeć i tupać nogami w proteście – to moja prywatna i absolutnie subiektywna ocena! Osobiście nie czuję dobrych wibracji, nie czuję że chciałabym tam bywać często i namiętnie. Mogę przeżyć kłębowisko rur pod sufitem, aczkolwiek nie jestem, nie byłam i nigdy nie będę entuzjastką stylu industrialnego – wiem jednak, że czasem lepiej pewne rzeczy wyeksponować niż próbować je nieudolnie ukryć. Lubię przypadkowość wyposażenia wnętrz – stoliki i krzesła każde z innej parafii, tylko że  tutaj jakoś nie współgrają ze sobą, tworząc chaos zamiast harmonii. W kompletną frustrację wpędzają mnie natomiast gigantyczne stoły – jak pojedyńczy człowiek idzie coś zjeść MUSI czuć się nieswojo, że zajmuje sześciosobowy stół i marnuje jako nieużytek co najmniej trzy miejsca (na jednym usadzi swoją dupkę, na drugim torbę, a trzecie zarzuci kurtką/płaszczykiem). Stoły takie jak w Foodstory mogą zmieścić miliony talerzy, półmisków, kieliszków wypełnionych pachnącymi pysznościami – mam jakieś mgliste skojarzenia z greckim weselem w stylu Mamma Mia. Powinno się dziać dużo, kolorowo, głośno i radośnie.

       

      A tym czasem jest yyyy...hipstersko – interpretacja dowolna ;)

      

      wizyta pierwsza: ok, byłam głodna - najpierw się najadłam, potem pomyślałam, że trzeba pstryknąć fotkę na Instagram...


      Podejście numer dwa – tym razem wieczorem i w duecie. Mnie knajpa nadal się nie podoba (stoły wciąż te same, lol), Mr Vegan i owszem. Posiłek –  żadne z nas nie było na tyle głodne, żeby zamawiać indywidualnie, wzięliśmy więc jeden talerz do podziału: falafle, surówka, hummus z dżemem chilli, jakieś warzywka grillowane, chrupy tortilla. Może i nie jestem specjalistką od żarcia wege, ale wiem kiedy coś mi smakuje – oraz kiedy coś jest przepłacone... Falafle z wierzchu i z daleka śliczniutkie – z bliska suche i rozpadające się (minus), warzywka zgrillowane aż do totalnej miękkości (minus), surówka smutna i bez polotu, jak Aberdeen jesienią (minus), chrupy jak to chrupy, zawsze ok – honor uratował dżemik chilli, który nadał interesującego posmaku nudnemu w swej naturze hummusowi.



       wizyta druga: żarcie z lotu ptaka, wizja artystyczna Mr V


      Myślę sobie, że do trzech razy sztuka – jedyne czego nie zdążyłam spróbować ani za pierwszym , ani za drugim razem, to słodkości. Jakieś wypasione ciasto wege byłożby wskazanym zadośćuczynieniem  za sprofanowanie falafli :)

       


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      sobota, 23 kwietnia 2016 00:21
  • sobota, 16 kwietnia 2016
    • Kochany Pamiętniczku

       

      Przy okazji każdej nieomal wizyty w domy rodzinnym w Polsce, Najstarsza Starowinka czyli moja matka, pyta co zamierzam zrobić z tą całą makulaturą. „Cała makulatura” to pudło pełne listów (papierowych zabytków z ubiegłego wieku!) i pocztówek – moja i biszopia korespondencja z czasów przedmałżeńskich – oraz kilka niezbyt grubych pamiętników. Co do listów to ciągle jeszcze się waham, pamiętniki natomiast przyjechały właśnie z nami do Aberdeen.

       

      Chyba z braku prawdziwej przyjaciółki w wieku podstawówkowym zaczęłam się wyżywać na piśmie – szósta czy siódma klasa, pierwsze miłości platoniczne, pierwsze rozterki i usterki życiowe. Chyba również brak przyjaciółki spowodował, że pierwsze pamiętniki pisałam w formie listów do – wybaczcie infantylność – panny o imieniu Fanny… Wklejałam zasuszone liście, bilety, widokówki i inne dyrdymały – istny scrap book! Przyznam szczerze, że poza szybkim przewertowaniem zeszycików, nie jestem w stanie zmusić się do czytania – charakter pisma paskudny, a psychika nastolatki porażająca.

       

      Najwyrazniej wraz z przejściem do liceum uznałam, że pogaduchy z Fanny nie są mi już potrzebne – klasyczna forma pamiętnikarska zagościła w zeszycikach aż do końca. A koniec nastąpił w zeszycie numer dziewięć (!) – tuż przed ślubem…

       

      Czasy liceum to filozofowanie na poziomie – no cóż, na poziomie adekwatnym do wieku. A wiek był durny i chmurny, człowiekowi się wydawało – że zakochany, że niezrozumiany, że inny, że tragedia goni tragedię, a najlepiej to umrzeć młodo. Kochałam się wtedy w Zbyszku, ach MMŻ (Mężczyzna Mojego Życia – Kinga!!! przypomniałam sobie!), w U2, tradycyjnie wypijałam piwo Kilkenny w dniu świętego Patryka i marzyłam o wyjezdzie do Irlandii. Kłóciłam się i godziłam z Baśką, kumpelą z ławki; zbiorowo łaziliśmy po górach i wyśpiewywali Stachurę, a rodzice generalnie nas nie rozumieli.

       

      Na studiach było lepiej i gorzej jednocześnie. Bo nie dość że człowiekowi się coś wydawało, to jeszcze był dorosły i życie wymagało. Na przykład podjęcia pracy. Oraz jednoczesnego studiowania. Przy okazji człowiek poeksperymentował z alkoholem, papierosami i trawką. Seksem nie zawsze z tym, z kim powinien. Miłością, którą widział tam, gdzie jej nie było – i której nie widział tam, gdzie była oczywista. Bardzo intensywny czas, kiedy udawało mi się godzić studia zaoczne, dwie prace: w bibliotece szkolnej i publicznej (każda na pół etatu) oraz życie towarzyskie z nieoficjalnym facetem na dokładkę – magiczny czas kiedy doba najwyrazniej potrafiła się rozciągać (wielce możliwe kiedy ma się 20cośtam lat). Nadal kochałam się w MMŻ (siłą rozpędu…) i U2. Piwo Kilkenny zniknęło z polskich sklepów, a 17 marca przestał być jedyną okazją do picia alkoholu. Dostałam kilka cennych nauczek, że nie wszyscy ludzie są tacy jacy się wydają, wliczając w to próbę gwałtu oraz – dla równowagi – przyjazń, która przetrwała lata świetlne.

       

       

      Opisywanie własnego żywota tak weszło mi w krew, że przeniosło się na życie małżeńskie. Dzięki temu powstały trzy scrap books naszej rodziny, a potem blog. Ciekawa ewolucja od papierowego pamiętnika tajnełamaneprzezpoufne, przez rodzinne wspominki, aż do życia  na wirualnej wystawce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      sobota, 16 kwietnia 2016 01:24
  • sobota, 26 marca 2016
    • Italiano

      Ocenzurowawszy się dla dobra własnego tudzież innych ważnych dla mnie osób, zostało mi niewiele tematów, o których mogę pisać. I jeszcze żeby były ciekawe. Albo zabawne. Ale nie odnosiły się do mojej depresji, albo rozwodu, albo weganizmu. Mmmm, ot wyzwanie…


      Roberto. Ktoś chce poczytać o Roberto? Już chyba bardziej neutralnego tematu nie widzę w okolicy.


      Italiano pojawił się u nas w połowie lipca i nie była to wcale miłość od pierwszego wejrzenia. Trzeba było dłuższej chwili, żeby przestać porównywać Roberto do Meganki, która została przy Biszopie. Bo ona z nim, bo jego,  a my przecież musiałyśmy się jakoś przemieszczać na nieomal drugi koniec miasta do szkoły/pracy. Roberto był jedyną dostępną opcją finansową dla nas – i to w leasingu czyli nigdy tak naprawdę do mnie należeć nie będzie (typowy facet, phi).


      Kiedy już przestałam szukać szóstego biegu, pogodziłam się z tankowaniem co dwa tygodnie oraz siedzeniami, na których człowiek się czuje jak jakaś cholerna królówka i spogląda na innych z wysokości – przyjemnie nam się jezdzi :)




      W mieście wciśnie się w każdą dziurę – czy to w postaci miejsca parkingowego czy w koreczku na przyczepkę tuż, tuż za światłami albo z boczku na rondeczku – ot, takie tam maleństwo. Za miastem też ma się dobrze, przepisowe 70 mil/h wyciąga bez problemu aczkolwiek traci z lekka na przyczepności, w związku z czym kierownicę trzeba trzymać nieustannie w sugerowanym układzie ‘kwadrans do trzeciej” ( a nie jak lubi Biskupinka – dwie łapki na godzinie szóstej…).


      Pojemnościowo na nas dwie plus pies/zakupy/walizka/klamoty wszelakie – jest bardziej niż dobrze.


      Teraz jeszcze Fiat – jak sądzę z myślą o zbliżających się wakacjach – przysłał mi zestaw obowiązkowy: trójkąt, odblaskową sexy kamizelkę, plastry i bandaże, ręczną latarkę, spray do odmrażania szyb i skrobaczkę (w Szkocji nigdy nie wiadomo kiedy zima zaskoczy drogowców…). Szkoda tylko, że w kontrakcie leasingowym mam ograniczenie ilości przejechanych w roku mil, bo byśmy się bujnęły w podróż za jeden uśmiech na kraniec świata :(


       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Italiano”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      sobota, 26 marca 2016 00:43
  • czwartek, 17 marca 2016
    • Teoretycznie

      Czasem, kurna jego maćka, jest tak że nic innego nie można zrobić tylko wypić wino, żubrówkę, nalewkę babuni i piwo. W dowolnej kolejności i ilości. Albo klapnąć dupskiem wśród nierozpakowanych zakupów, psich zabawek i wczorajszych ciuchów i wpierdzielić całą tabliczkę czekolady. Tę co miała być dla dziecka, w związku z czym nie jest wegańska, ale w sytuacji kryzysowej trudno uhaha, ważne że cukier idzie w żyłę.


      Teoretycznie to miejsce jest moje własne prywatne i mogę pisać co chcę, o czym i o kim chcę. Praktycznie znowu się cenzuruję ze względu na ludzi którzy nadal są w moim życiu albo właśnie w to życie wchodzą, tudzież z niego wychodzą. I bloga czytają. I w to czytanie wkładają sporo wysiłku, nieprawdaż, używając google translator.


      Jedni pochlebiają sobie myśląc, że są świetnymi rodzicami. Innym się wydaje, że mają jeszcze jakieś prawa do swoich byłych partnerów.


      Byłe żony, byli mężowie, kule-szpiegule, zastraszanie i manipulowanie…


      Niech to się kurwa wreszcie skończy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Teoretycznie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 marca 2016 21:15
  • piątek, 11 marca 2016
    • Nietypowo krótko i jakby politycznie

      Mr Vegan pyta mnie czasem co ciekawego tym razem dzieje się w moim dziwnym kraju, mając na myśli wiadomo co. Wcześniej pytał mnie czy w zwiazku z rozwodem zamierzam wrócić do Polski, ale kiedy pokazałam mu przedruk z niemieckiego Bilda – ten o rowerzystach i wegetarianach – pytać przestał. Chociaż nie, nie przestał tylko zmodyfikował pytanie. I z każdą moją odpowiedzią jest coraz bardziej rozbawiony – z dwóch powodów. Nie mieści mu się w głowie, że takie historie dzieją się naprawdę tu i teraz, w środku Europy  w 21. wieku, pomiędzy wydawało się wykształconymi ludźmi (kochanie, wykształcenie a inteligencja to dwie różne rzeczy!). Z drugiej strony ma wybitny ubaw z moich potyczek językowych, kiedy staram się przetłumaczyć (bo wytłumaczyć w żaden sposób się nie da) wiadomości z Polski łącznie z komentarzami. Pół biedy oficjalne wiadomości, to się da załatwić lepiej lub gorzej. Lecz Macieja Stuhra, którego kocha się i nienawidzi, który dzieli i łączy jednocześnie, bawi i wqrwia - ach, to polskość spolaryzowana i rozkoszne komentarze pod klipem- więc tegoż Macieja próby przetłumaczenia z góry skazane są na porażkę, bo to jakby tłumaczyć polską mentalność (‘znowu boli cię polska dusza?’ pyta Mr V kiedy bez wyraźnego powodu smutnieję, a przecież to jasne że jesień, stara piosenka w radio, ten zapach i to coś, że czasem nagle smutniejesz) – nieprzekładalne na inne nacje.

       

       

      Czy nam to przeszkadza? Niekoniecznie. Ot, takie sobie różnice drobne kulturowe, które przydają kolorytu naszemu związkowi. 

       

      Mr Vegan to ogarnięty facet, wykształcony i inteligentny. W poglądach lewicujący z wyraźną fascynacją komunizmem – w sensie historycznym. Bardzo chciałby zrozumieć co się w tym pięknym kraju nad Wisłą dzieje, ale ciężko mu przetrawić brzozę, mgłę, Krysieńkę i Antoniego M, animozje polsko-rosyjskie, teczki, dzieci poczęte i niepoczęte czy obywateli drugiego sortu.  Zamiast tego opowiadam mu o moim dzieciństwie w czasach komuny: cukierkach na kartki, Peweksach, wyjazdach na wakacje do krajów zaprzyjaźnionych i późniejszych na zarobek (i o tym jak Magda z mojego liceum powiedziała do Szanownego Urzędnika Decydującego o Wpuszczeniu do UK, że studiuje love zamiast law), o sklepach dla górników i zajęciach szkolnych w pracujące soboty. 

       

      Nie umiem, nie chcę i nie potrafię – odcinam mój mózg od współczesnej Polski, tak jak w czasach szkolnych odcinałam go od fizyki i matematyki.

       

      Tak rzadko odnosiłam się na blogu do sytuacji politycznej w Polsce, można więc uznać  że nie robiłam tego wcale. I nadal nie będę – polityka sama w sobie mnie nie interesuje, niestety polityka siłą rzeczy interesuje się mną (10 lat mija od kiedy pierwszy raz użyłam tego argumentu pakując walizki na wyjazd do Szkocji ...). I moim życiem w każdym jego aspekcie, aczkolwiek polska odmiana dotyczy mnie w stopniu znikomym i znikomszym z każdym miesiącem życia na Wyspach. I śmieszno, i straszno tam w Polandii – nie wiem czy już się bać wyjazdu w kwietniu czy dopiero wtedy kiedy zrobię to, co zrobić zamierzam: wymelduję się z poznańskiego mieszkania, które nigdy tak naprawdę nasze  nie było oraz wykreślę się raz i na zawsze z ksiąg parafialnych. Maria Magdalena mogła być grzesznicą  i kobietą upadłą, Marta Magdalena może być apostatką, a co!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      piątek, 11 marca 2016 11:31