Biskupinka nadal po szkocku

Rodzina w składzie zawieszonym... nastolatka pies praca Szkocja

Wpisy

  • niedziela, 04 grudnia 2016
    • Ten radosny czas w roku...

      Nie da się uciec przed Bożym Narodzeniem. Reklamy atakują namiętnie z każdego kątka i zakątka już od początku listopada, zaraz jak tylko dynie po Halloween zniknają z horyzontu. Każdy czuje się w obowiązku zapytać gdzie spędzamy święta i czy już prezenty kupione. Na osiedlu domki i mieszkania obwieszone światełkami. W polskich sklepach przyjmują zamówienia na karpia i ciasta. Nudzi mnie to, nuży mnie to, ale uciec nie mogę. Tym bardziej, że kilka dni temu Hanna Emilia zapytała „no ale naprawdę NIC nie robimy na te święta?!”


      Ech…


      No i trza było wygrzebać pudło z choinką i ozdobami świątecznymi, bo jakże tu dziecku przykrość robić?


       

      Przy okazji sentymentalnie przejrzałam ręcznie przez Hannę E robione kartki i ozdoby. Koślawe gwiazdy, Mikołaje z wygryzioną watową brodą, drzewka, z których odkleiły się błyskotki. W dawniejszych czasach wszystkie one wędrowały na kominek, półki, drzwi – ku mamusinemu rozrzewnieniu i Hanusiowemu zawstydzeniu. W nowym lokalu kominka brak (alleluja), a całą szopkę świąteczną najchętniej obeszłabym z bardzo, bardzo daleka. Może za rok, bo w tym wyszło nam tak:

       

      choinka niezmiennie różowa

       

      kwadrans po bałwanku, czas na obiad!

       

       

      Podróż sentymentalna przez działalność artystyczną Hanny Emilii:


      wesoły gwiazdo-Mikołaj

       

      mój ulubieniec - część brody zaginęła (jakość kleju w szkołach pozostawia wiele do życzenia), ale nieustannie rozczulają mnie jego pajęcze nóżki :)

       

      Hanna z przedszkola

       

      :( się uchowała świąteczna skarpeta, chociaż Pana Orzeszka nie ma z nami już ponad rok

       

      Tylko niech nikogo dekoracje świąteczne nie zmylą! Ja i Grumpy Cat wiemy swoje...


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 grudnia 2016 23:20
  • niedziela, 27 listopada 2016
    • Ojojoj, motyla noga!

       

      Ostatni tydzień w pracy spędziłam głównie zajmując się sprawami za które mi nie płacą. Co więcej, których nawet nie mam ujętych w zakresie obowiązków. Czyli znaczy się robiąc tłumaczenia pisemne i ustne, dzwoniąc w sprawie i generalnie używając mojego języka macierzystego. Fajnie jest być niezastąpioną i jedyną pod ręką Polką...

       

      Piątek jednakże przyniósł prośbę nietypową pod każdym względem. Ktoś gdzieś usłyszał, ale nie był pewien. Przyniósł do mojego pokoju strzępki zasłyszanego słowa i „zamówił” listę przekleństw w języku polskim. Żeby wiedzieć kiedy reagować – w sumie pomysł zacny, bo o ile w klasach obowiązuje z grubsza przestrzegana zasada „English only” (mówimy wyłącznie po angielsku), to na korytarzu, w czasie przerwy ciężko zabronić dzieciakom rozmów – w tym przekleństw – w języku ojczystym. A reagować trzeba, jak się wie kiedy.

       

      Nie macie pojęcia jak niekomfortowo poczułam się kompliując taką listę! Nie że taki ze mnie niewinny aniołek, w chwilach frustracji zdarza mi się kląć siarczyście (ponoć tak zdrowiej), ale przełożyć to na papier, a jeszcze dołożyć zapis fonetyczny – ciężko, wszak zawodowym tłumaczem nie jestem.

       

      Na dodatek młodą dzieweczką również nie jestem i to już od dłuższego czasu, w sprawach brzydkich słów dość konserwatywną na dodatek, nie mam pojęcia jak słowotwórczy są teraz młodzi ludzie i jakie bluzgi sprzedają na prawo i lewo… Postawiłam na klasykę gatunku, przetestowałam na koleżankach z działu guidance (wychowawcy), wzbudzając piątkową głupawkę i tak oto mamy (zdaje mi się najbardziej prawdopodobne w użyciu):

      koor-va; hooy; chee-pah; jeef-kah; goov-no; mam toe f doo-pieh; pier-doll-leh toe

       

      Coś dołożyć? Czym teraz niezadowolone  dzieciaki częstują nauczycieli?


       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ojojoj, motyla noga!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 listopada 2016 21:30
  • niedziela, 20 listopada 2016
    • Dysonans rodzicielski

      Listopad to u nas czas przedstawienia szkolnego. W ubiegłym roku był mały musical „Our House”,w którym Hanna Emilia pokazała się i połknęła bakcyla teatralnego kompletnie i absolutnie. Ku uciesze matki, rzecz jasna. I nieważne, że w okresie intensywnych prób matka właściwie zamienia się w osobistego szofera łamane przez szefa cateringu i dupkuje w korkach w godzinach szczytu. Ku chwale Torry Academy i Hanny Emilii :)


      W tym roku dział artystyczny naszej szkoły zdecydował, że wystawi przedstawienie „Back to the 80s” czyli powrót do lat 80tych. Bardziej koncert właściwie. W obsadzie wyłącznie żeńskiej…


      I tak od początku września dziecko chodziło po mieszkaniu tanecznym krokiem mamrocząc pod nosem słowa do „footloose” i studiując wnikliwie makijaże sprzed trzydziestu lat (o bogini wybacz, że to się kiedykolwiek zdarzyło, te błękity, te zielenie, ten brokat…). Atmosfera zrobiła się napięta z początkiem listopada, kiedy żmija na mymłonie wyhodowana beztrosko rzuciła, że strój na występ to sobie wygrzebie z mojej szafy – no przecież matka do tej pory trzyma tam marynarki z watowanymi ramionami, getry i bluzki-nietoperze :(


      z tego wszystkiego moje są tylko leginsy


      Muzycznie lata 80te to same smakowite kawałki, gdzie nie spojrzeć coś przyjemnego. Niemniej dobór piosenek do naszego koncertu troszeczkę mnie zaskoczył – ale być może to moja osobista opinia przesłonięta wspomnieniami z Polski lat 80tych, kiedy słuchało się rodzimych zespołów z repertuarem zaangażowanym, a nie lekkim, łatwym i przyjemnym. Mimo wszystko przedstawienie udało się znakomicie – obok piosenek można było zobaczyć montaż reklam z tamtych lat oraz posłuchać zabawnych komentarzy jak to drzewiej bywało.

      dziewczęta poważne

      dziewczęta mniej poważne

       


      Gdzie w tym wszystkim dysonans?

      Dobry rodzic wspiera swoje dziecko choćby nie wiem co. Dobry rodzic jest również szczery ze swoim dzieckiem, choćby nie było to miłe. A co zrobić jeśli nam się te dwie rzeczy wykluczają? Wspierać i kłamać? Wspierać i narazić na ośmieszenie? Nie wspierać wcale?

      Zawsze powtarzałam Hannie E, że może wszystko, co tylko sobie wymyśli, żadnych ograniczeń chłopaki/dziewczyny, poczucie równości i feminizmu wyssała z mlekiem matki. Nie wzięłam tylko poprawki, że do pewnych rzeczy może po prostu nie mieć predyspozycji ...


      Wspieram Hannę Emilię w jej pasji teatralno-śpiewaczej, mimo że  głos u niej kiepskawy. Dopóki śpiewa w chórkach, wszyscy jesteśmy zadowoleni – ona bo śpiewa i występuje publicznie, ja – bo nie naraża się na głupie uwagi okrutnych współziomków. Kiedy jednak rok temu zapowiedziała, że chciałaby zaśpiewać w szkolnym karaoke (coroczne występy w ostatni dzień zajęć szkolnych przed Bożym Narodzeniem), co powinnam była zrobić? Wspierać? Nie wspierać? Najdelikatniej jak tylko mogłam poprosiłam, żeby najpierw się nagrała i odsłuchała, bo to jak słyszymy nasz głos w głowie, to niekoniecznie to samo, co słyszą inni ludzie. Odpuściła karaoke, ale od tamtego czasu – zwłaszcza kiedy się na mnie złości – wypomina mi, że jej nie wspierałam w realizacji marzeń. Trudno, przyjmuje to na klate. Jakiekolwiek wybrałabym wtedy rozwiązanie, skończyłoby się łzami.


      Czytający mnie rodzice, macie taki dysonans? Radzicie sobie z nim jakoś? Podzielicie się doświadczeniem? A może tylko ja za dużo się nad tym zastanawiam?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Dysonans rodzicielski”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 listopada 2016 22:40
  • niedziela, 13 listopada 2016
    • Sezon grzewczy

      Zimno, zimno, zima idzie. Nic nowego, nic dziwnego. Zanim totalna zima nastanie – czyli w każdej chwili albo wcale – trzeba było w mieszkaniu wymienić stary bojler. Ostatkiem kasy z upadłego małżeństwa zdecydowana byłam opłacić cieplutkie mieszkanko i nieograniczoną ilość gorącej wody.


      Pomna wszystkich historii ludzi którzy wymieniali system grzewczy, krokiem pierwszym było sprawdzenie kilku dostawców takiej usługi i porównanie kosztów – a te mogły się przeliczać w setkach, jeśli nie tysiącach funtów. Serio.

       

      Mój obecny dostawca prądu i gazu oferuje również wymianę i obsługę bojlerów. Więc zaczęłam od niego. Dziwnie nieogarnięty człowiek z biura obsługi klienta podał mi dwie opcje sfinansowania wymiany: albo płacę w całości samodzielnie, albo pobieram jakieś benefity, które mnie kwalifikują do państwowej dopłaty. Może tak, może nie, następne pytanie proszę. Pan pyta o numer seryjny mojego obecnego bojlera – pytanie zabójca, bo mój bojler jest tak stary, że pamięta czasy Churchilla i nie ma na sobie żadnego numeru. Ba! nawet nazwy na sobie nie ma! Producenta czy czegokolwiek, a instrukcja obsługi zaginęła w czasach prehistorycznych. Człowiek zasugerował zlokalizowanie producenta, namierzenie numeru seryjnego i kontak w terminie późniejszym – odpuściłam, bo żeby to zrobić musiałabym wynająć wróżkę, czarodzieja czy innego detektywa. Ewentualnie nauczyć się podróżować w czasie.


      Zamiast tego skoncetrowałam się na lokalnych Panach Franciszkach – małych, często rodzinnych firmach, które mają ludzkie podejście do klienta. Mając kilka propozycji i wycen w ręku, podjęłam deczyję i oczekiwałam na najgorsze (bałagan za ponad £2 tysiące) i najlepsze (gorąca woda w ilości wystarczającej na kąpiel w pianie).

       

      Szkocki Pan Franciszek przybył bladym świtem w dniu moich urodzin i rozpoczął wraz z synem-pomocnikiem systematyczną demolkę: pozbył się gigantycznego zbiornika na wodę, który zajmował 1/3 szafy w przedpokoju, starego bojlera (którego nie zapytał ani o wiek, ani o imię), rurek, zaworów, łączników i sama nie wiem czego jeszcze bo ani się na tym znam, ani mnie to obchodzi. Cały dzień – z przerwą na lunch i kilka papierosków na parkingu – zajęło chłopakom zamontowanie nowego bojlera, termostatu, czujnika CO, przepłukanie i sprawdzenie systemu grzewczego i kaloryferów. Oraz pozostawienie dość konkretnej warstwy kurzu w całej kuchni, gdzie nowy bojler się znajduje.

       

      Postępy w pracy obserwowałam ukradkiem, gdyż głównie siedziałam zabarykadowana w pokoju z telewizorem, psem i zapasem żywności – co właściwie wcale nie leżało w moich pierwotnych planach. Plan opierał się był na założeniu, że Pan Franciszek zostanie wpuszczony do mieszkania, a ja i Hanna Emilia pojedziemy do szkoły (zaufanie do miejscowych fachowców poziom nadprzeciętny), jednakże Charlie miała inne zdanie. Z wysoko rozwiniętym poczuciem ochrony swojego stada przed nieznanym, darła dzioba tak okrutnie, że nie miałam wyjścia jak zabrać dziada małego do pracy. Nie tak całkiem, rzecz jasna. Pies w samochodzie, ja w szkole na jednej nodze wyrabiam w pół godziny to co zazwyczaj rozkładam pieczołowicie na godziny cztery – i wracamy pilnować dobytku i fachowców.

       

      Nie ma tego złego – jako się rzekło, Pan Franciszek zakładał bojler w dniu moich urodzin. Urodzin, których ze względu na dzielące nas prawie 7 tysięcy kilometrów, nie mogłam spędzić z Mr Vegan. Urodzin, w które od tegoż Mr Vegan dostałam przesyłkę pocztą kwiatową i dobrze się stało, że byłam w domu by ją odebrać. Urodzin, które godnie poświętowałam kieliszkiem czerwonego wina i kąpielą w pianie :)

       


      można wzdychać z zazdrości ;)

       

       


      znalezisko Pana Franciszka po usunięciu zbiornika na wodę - szkoda, że tylko jeden, bo mój styl i rozmiar! (w tle szklana sowa, prezent urodzinowy od córki)

       

                 

      zadowolona klientka, ciepło w ogonek :)

       


       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 listopada 2016 21:33
  • wtorek, 01 listopada 2016
    • Dumna mama prezentuje

      Mieszkamy  tu gdzie mieszkamy i dobrze nam z tutaj. Oraz w związku z tym celebrujemy co chcemy, a nie co większość uważa za jedynie słuszne. Nie dyskutujemy, nie negujemy, nie ingerujemy.

      Tyle w słowie wstępnym. W słowie kolejnym przepraszam za opóźniony post, ale czekałam aż Hanna Emilia dokończy dzieła swego cukierniczego dzisiaj w szkole.

       

      Reasumując powyższe, dumna mama prezentuje uzdolnione dziecię z raną krtani (podejrzewam próbę przegryzienia aorty przez zombie z Walking Dead) oraz czekoladowe ciasto z czekoladową polewą i mnóstwem niezdrowych żelek czyli Halloween na zajęciach z gotowania w Torry Academy. Niestety, wypiek nie jest vegan friendly :(


       


       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dumna mama prezentuje”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 listopada 2016 23:58
  • niedziela, 23 października 2016
    • W grudniu po południu

      Zachęcona wrześniowym wypadem w ramach eksploracji Szkocji, wsparta pokrzepiającym wspomnieniem wyjazdu do Londynu oraz generalnie lubiąc spędzać wyjazdowy czas z Hanną Emilią, a także przełamując własne strachy, postanowiłam że znowu ruszamy tyłeczki poza Aberdeen.

       

      Jak już pisałam w ubiegłym roku, my świąt nie obchodzimy. Ani grudniowych z karpikiem, ani wiosennych z jajeczkami. Nie rusza nas tradycja przodków, mamy własne wytyczne życiowe. Dokładając do tego fakt, że Mr Vegan w okresie bożonarodzeniowo-noworocznym będzie uziemiony w Kuwejcie, a Biszop niekoniecznie wyrywa się żeby spędzić ten czas z jedyną córką (oraz vice versa), wymyśliłam że obydwie wespół w zespół pojedziemy sobie do Edynburga. Bo nigdy nie byłyśmy w duecie, poza wycieczką do zoo lat temu dziesięć (a w zoo już nie bywamy, oj nie!). Wizytowało się stolicę w duetach z innymi personami, i owszem, ale też i owszem, w innych celach…

       

      Edynburg świąteczny brzmi dobrze. Bardzo dobrze nawet! Pies na ten czas wędruje pod opiekę przyjaciół, a my pociągiem na rozpustę! Na całe szalone dwa dni, hulaj dusza!

       

      The Grass Market Hotel w samym centrum– nowoczesny, funky, śniadanie z opcją wegańską. Wszystkie atrakcje na wyciągnięcie ręki i kichnięcie nosa. Hanna E zachwycona, mama również. Świetnie, rezerwujemy na 21 grudnia – jeszcze nie święta, ale prawie; już po urodzinach dziecka, ale ciągle wypada celebrować. Zadowolona jak świnka w deszcz, szybko zakupiłam również bilety na pociąg w opcji „kids go free” i zasiadłam do planowania (umiarkowanego), co też może nam się w Edim spodobać.

       

      I bym była cała taka uszczęśliwona i w skowronkach, gdyby koleżanka Gabriella nie uświadomiła mnie brutalnie, że w tym roku szkoły kończą semestr 23 grudnia…Nożeszku...

       

      Bez paniki, myślę sobie. Zmieńmy datę na późniejszą i po bólu, w końcu nam wszystko jedno kiedy.


      Im dalej w grudzień, tym ceny hotelu wyższe – ale udało się: w tej samej cenie, przesuwamy się na 26 grudnia.

       

      To teraz pociąg. Aha, aha – bo w promocji, że dziecko za darmo, to nie mogę zmienić rezerwacji online. Z moją awersją do rozmów telefonicznych, jedyne wyjście do pofatygować się do pociągów osobiście. A pan w pociągach mówi, że skoro kupiłam online, to proszę zmieniać online. Oddać, kupić nowy. A w ogóle to 26 grudnia i tak nie pojadę, bo nie pracują. Nie jeżdzą. Bo roboty na torach i coś tam.


      Klątwa jakaś??


      Wybór mam między zwrotem biletów i zerwaniem rezerwacji w hotelu czyli odwołaniem całej imprezy lub zatrzymaniem biletów i zmianą rezerwacji hotelu na datę pierwotną czyli dwudniowymi wagarami.


      Zła mama, oj zła mama.


      Jedziemy do Edynburga 21 grudnia i bawimy się przednio, wracamy 22 grudnia wieczorem, zaliczamy ostatni dzień szkoły i bąblujemy leniwie przez kolejne dwa tygodnie. Pizza, chińszczyzna, książki, seriale, długie rozmowy z tymi co daleko.

       

      Dla ewentualnych krytykujących moją decyzję:




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 października 2016 21:54
  • niedziela, 16 października 2016
  • niedziela, 09 października 2016
    • Ukryte zdolności

      Żeby dziecko przypadkiem nie miało za dużo wolnego czasu, to mu się wymyśla różne zajęcia przed- szkolne, po-szkolne, około-szkolne. Fajnie jeśli dziecko wie, co chciałoby robić. Albo wie czego nie chciałoby. Z tym, że jak dziecko jest mocno nieletnie to generalnie nikt nie wie nic i trzeba próbować odnalezć owe ukryte zdolności.


      Drogą prób i błędów, Hanna Emilia w kolejności chronologicznej była:


      Uczennicą polskiej szkoły sobotniej przez dwa, a może nawet trzy lata? Znarowiła się kiedy pani uczycielka rozsadziła ją i Zuzannę – powiedziała, że cznia takie zajęcia bo nie dość że musi chodzić tam w sobotę, kiedy reszta ludzkości śpi, to jeszcze nie wolno jej siedzieć z najlepszą przyjaciółką – za karę tam jest czy jak?! Korzyść z polskiej szkółki jest taka, że Hanna E umie (poniekąd) czytać w języku dziadków, bo rozpoznaje te śmieszne ę i ą, a nawet sz i cz – w czym zasługa pani Joli, do której machamy z sympatią.


      Uczestniczką zajęć Girls’ Brigade, organizacji chrześcijańskiej dla dziewcząt – tylko dlatego, że inne dziewczynki z klasy chodziły i w sumie była to niezła zabawa, a od czytania przypowiastek biblijnych do fanatyzmu katolickiego daleka droga. Zresztą Hanna E zaangażowała się w zajęcia na jedną dziesiątą gwizdka, nawet nie na pół i zrezygnowała po niecałym roku. Szkółka niedzielna nie miała nawet tyle szczęścia… Na podatny grunt nie padło i nie zostawiło skazy na duszy Hanny Emilii.


      Tancerką w stylu dowolnym w CityMoves Dance Agency – i to przez dobre cztery lata albo i więcej! Z występami na deskach teatru His Majesty Theatre, Lemon Tree i Ballroom Aberdeen – pełna profeska :) Pewnie tańcowałaby dłużej, ale nauczycielka postanowiła wyjechać do Hiszpanii, a nowa instruktorka nie przypadła Hannie do gustu. Teraz dziecko gibie się wyłącznie przymuszone przez zajęcia szkolne.

       

      Pływaczką – początkującą i średniozaawansowaną. Na zajęcia woziłam dziecko autobusem, bo były to czasy kiedy jeszcze nie miałam prawka. Wyprawa na drugi koniec miasta – zimno, wietrznie, mokre włosy, niechęć do suszarki… Potem wprawdzie basen był już dwa bloki od naszego mieszkania i dziecko pomykało samo, awansowało nawet z płytkiego na głęboką część basenu – ale po dwóch latach zapał minął. Na szczęście pływać nadal umie.


      Potem długo, długo nie było nic. Zajęcia sportowe nastoletnią Hannę nie interesują, samoobronę wliczając. Malowanie, rysowanie, dzierganie i klejenie – również. Rzutem na taśmę zaproponowałam rok temu grupę teatralną – i bingo! Trafiony, zatopiony! Do tego stopnia, że dziecko powiedziało jakiś czas temu „dziękuję mamo, że znalazłaś dla mnie te zajęcia”. Zaskakujące o tyle, że generalnie Hanna E publicznie występować nie lubi…

       

      Grupa teatralna działa przy naszym głównym teatrze aberdońskim. W ubiegłym roku Hanna była w „maluchach” – dzieciaki przez cały rok szkolny pracowały nad własną sztuką: same pisały tekst, opracowały scenografię, reżyserowały. Sztuka okazała się kryminałem pod hasłem „kto zabił hrabinię?”, przy czym publiczność (rodzice) miała zdecydować, kto jest mordercą wysłuchawszy różnych wersji zeznań osób podejrzanych. Jak na teatrzyk wielce amatorski, było zaskakująco zabawnie. Hanna Emilia rólkę miała niewielką, ale nie było to drzewo ani siódmy z lewej halabardnik.


      Po wakacjach Hanna E wskoczyła do grupy „średniaków”, których praca nad sztuką w czasie roku szkolnego kończy się występem w Lemon Tree – trzeba kupić bilety w kasie, dwa przedstawienia wieczorne, rodzice puchną z dumy i robią event na facebooku.


      Zanim przedstawienie w czerwcu się odbędzie, teraz próbka ich aktorskich możliwości i zdolności. Przed poważnym wieczornym przedstawieniem, młodzi aktorzy z grupy średniaków i starszaków mieli swoje piętnaście (dosłownie) minut sławy – krótkie scenki z mocnym przesłaniem społecznym: równe prawa dla LGBT, emigrantów i mniejszości etnicznych, sprawiedliwe traktowanie płci oraz Brexit. I to ostatnie było udziałem grupy Hanny Emilii – nastolatka proUE, tłumaczy młodszemu braciszkowi, że Brexit to nie nazwa nowej gry na xBoxa, ale zuo które czai się pod hasłem niezależności. Smaczek w historii jest taki, że Hanna E grała postać matki – zwolenniczki Brexitu :D

       

      Ps. Brak zdjęć z występu, ba! co gorsza brak nawet recenzji z występu z powodu kiepskiej organizacji w teatrze: nikt nie wiedział, która grupa gdzie będzie występować – ryzyk-fizyk stanęłam w hallu górnym, po czym okazało się, że grupa H E występowała w hallu dolnym…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 października 2016 22:16
  • niedziela, 02 października 2016
    • Szkocja weekendowa

      Przeprasza się za brak wpisu w ubiegłym tygodniu, ale jakoś tak się złożyło, że aberdońskie szkoły miały wolny piątek i poniedziałek, co w sumie dało nam zgrabny długi weekend. Prawdę mówiąc, długie weekendy z wielu powodów w naszej rodzinie wyglądały jak każde inne weekendy i polegały głównie na grzaniu dupki przed tv.


      A tym razem, myślę sobie, zabiorę moje dzieci i pojadę w siną dal, a co!


      Sina dal jednakże zbyt sina być nie może, bo pies nie lubi wycieczek samochodem, samochód nie lubi nabijanych na licznik mil (ograniczenia kontraktu), Hanna Emilia nie lubi oddalać się od wifi, a ja nie lubię nieznanych miejsc.*


      Biorąc to wszystko pod uwagę oraz dokładając życzenie własne, że weekend chcę spędzić nad morzem (kompleks mieszkanki przedgórza, Śląska, Małopolski, Wielkopolski), znalazłam Portgordon – wioskę nadmorską oddaloną od Aberdeen 60 mil. W tej wiosce znalazłam B&B (bed and breakfast) o wdzięcznej nazwie Seashore Cottage i tak też umiejscowione: śniadanie i plaża wliczone w cenę.


      Długa historia w skrócie, a resztę niech opowiedzą zdjęcia. Pamiętacie nasz wyjazd do Londynu po wizę? Jak wszystko było zaplanowane, sprawdzone, zapisane? A Portgordon wręcz przeciwnie :) Poza miejscem do spania, nie zaplanowałam nic innego. Spontan taki, zupełnie do mnie niepodobny. Nie dość, że bez planu, to na dodatek podobało mi się i obydwie z Hanną Emilią stwierdziłyśmy, że powtórka jest zdecydowanie konieczna.


       

       Reszta zdjęć TUTAJ

       

      *lubię, ale wyłącznie pod warunkiem że ktoś jest ze mną, taka tam mała fobia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Szkocja weekendowa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 października 2016 14:31
  • niedziela, 18 września 2016
    • Separacja w oczekiwaniu na rozwód

      Zadość czyniąc ciekawości niektórych osób – wścibskiej lub przyjaznej, bez znaczenia – oraz usprawiedliwiając własną, zawodną pamięć – spieszę wyjaśnić dlaczego nadal jestem w separacji, a nie po rozwodzie.

       

      Mieszkając w Szkocji zdecydowałam, że wszelkie sprawy prawno-rozwodowe przeprowadzać będę na miejscu – chociaż jako obywatelka (nadal) polska, mogłam złożyć papiery rozwodowe w Polsce. Wybrałam Szkocję, bo procedura podoba mi się tutaj bardziej – przynajmniej w przypadku rozstania w miarę przyjaznego.


      Żeby rozstać się z partnerem, mamy cztery możliwości:

      1. Separacja nieformalna
      2. Separacja formalna
      3. Rozwód
      4. Unieważnienie (nie ma co dużo pisać - dla ludzi, którzy znaleźli się w związku w sposób nielegalny, np mając mniej niż 16 lat)

       

      Na separację nieformalną mogą sobie pozwolić pary zaprzyjaźnione ze sobą absolutnie i totalnie, ufające sobie i szanujace nawzajem – ustalają bowiem między sobą, bez angażowania prawników i sądu – jak od momentu rozstania wyglądać będą ich stosunki. Finanse. Dzieci. Nieruchomości. Wszystko co łączyło ich do tej pory. Brzmi jak sielanka, jeśli jednak po czasie separacji zechcą pójść dalej i rozwieść się, sąd może odrzucić ich nieformalną ugodę (np. jako krzywdzącą dla dzieci) i narzucić własną. Generalnie kierując się starą dobrą zasadą ‘trust no one’ (nie ufaj nikomu), bezpieczniej jest wybrać…


      …separację formalną, gdzie wszelkie uzgodnienia między partnerami spisane są na papierze, podpisane w obecności świadków i zatwierdzone przez sąd. Plusy dodatnie takiej separacji są jasne: mamy dokładne wytyczne jak nasza separacja ma wyglądać, mamy prawo domagać się wypełnienia wszystkich uzgodnień, a na koniec –sąd dużo łatwiej przychyli się do wniosku rozwodowego jeśli zobaczy formalną ugodę przestrzeganą przez partnerów.

      Separacja może trwać wieki całe i może, ale nie musi, zakończyć się…


      …rozwodem. Tutaj, w zależności od tego czy para posiada dziatki nieletnie czy nie, mamy rozwód klasyczny lub rozwód uproszczony zwany też DIY.

      DIY jak sama nazwa wskazuje, robi się samemu. Koszty zbijamy do minimum. Wypełniamy aplikację, składamy w sądzie i czekamy na rozwiedzenie bez konieczności wizytowania sądu. Można to zrobić pod warunkiem, że para się dogadała w sprawach finansowych i wszelakich innych oraz nie posiada dzieci poniżej 16 roku życia (które w tym wieku uznawane są już w Szkocji na dorosłe, hłe, hłe, hłe).


      Klasyczny rozwód konieczny jest dla par z dziećmi albo kiedy partnerzy nie mogą się dogadać. W pierwszym przypadku sąd pilnuje, żeby dzieci nie były w żaden sposób pokrzywdzone; w drugim pomaga ułożyć ugodą tak, aby nikt nie był pokrzywdzony (chociaż niekoniecznie szczęśliwy z tego powodu).


      Żeby się rozwieść tak w jednym, jak i w drugim przypadku, trzeba udowodnić że związek niedowracalnie się zakończył lub że jeden z partnerów zmienił płeć. Nieodwracalność zakończenia związku następuje w przypadku:

      - kiedy jeden z partnerów dopuścił się zdrady,

      - kiedy jeden z partnerów zachowuje się w sposób nieracjonalny,

      - po 12 miesiącach życia osobno, jeśli oboje się na rozwód zgadzają,

      - po 24 miesiącach życia osobno, nawet jeśli jeden z partnerów zgody na rozwód nie daje.

      Co ciekawe, życie osobno wcale nie oznacza że ludzie mieszkają osobno. Nadal mogą mieszkać pod tym samym adresem, ale nie stanową już związku (lekko naciągane jak dla mnie…).


      Zdradę i nieracjonalne zachowanie trzeba udowodnić, życie osobno wydaje się być najprostszą i najmniej bolesną opcją rozwodu. I tak też miało być u nas – rok od dnia mojej wyprowadzki, bo przecież oboje się na rozwód zgadzamy, mamy sądownie potwierdzoną ugodę – brzmi jak bajka, tylko złożyć podpis i cieszyć się wolnością.


      Jednakże okoliczności przyrody się nieco zmieniły. Rok i owszem minął końcem maja. Ugoda najwyraźniej jednak przestała obowiązywać w momencie wyjazdu Biszopa do Tajlandii. Koszt rozwodu spadłby wyłącznie na mnie, a pieniądze wolałam wydać na nowe mieszkanie. Bycie w stanie separacji nieczego nie zmienia między mną, a Mr Vegan.


      W nielicznych momentach normalnej rozmowy z moim prawie ex mężem, stwierdziliśmy że za wcześniejszy rozwód (zanim Hanna Emilia skończy 16 lat i wystąpię o DIY) zapłaci ta osoba, której ów rozwód z jakiegokolwiek powodu będzie potrzebny. A jedyny powód jaki przychodzi mi do głowy to oczywiście ponowny ożenek…


       

      historyjka o butach kowbojskich: wyjątkowo nie zgadzamy się z Mr Vegan co do sukien ślubnych , gust nam się różni - nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie :) Kończąc jedną z dyskusji o ślubnych kiecach, obiecałam że będzie mógł samodzielnie wybrać suknię dla mnie - i  wybrał to co powyżej :D

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 września 2016 19:05
  • niedziela, 11 września 2016
    • Psie smuteczki

      Takie mamy hasło- wytrych, jak się Pannie Hannie albo Pannie Marcie humor z niewiadomych powód zepsuje (zepsi). Hasło przyszło do nas wraz z Charlie, która miała w zwyczaju – i czasem nadal ma – zawieszać się momentami ze smutnym wyrazem pyska.


      Psie smuteczki w zasadzie i z definicji mają nieznane pochodzenie, zazwyczaj znikają samoczynnie wspomożone czekoladą, winem, rozmową, przytulaskiem albo drzemką.


      Niestety czasem psie smuteczki bywają całkiem sporymi smutasami o bardzo zidentyfikowanym pochodzeniu. Jak na ten przykład wyjazd nieoficjalnego boyfrienda do Kuwejtu w celu zarobkowym.


      Ledwie z końcem sierpnia stuknął nam roczek tej przyjemnej znajomości, a tu Mr Vegan pakuje walizkę i leci w siną dal. Specyfika jego zawodu jest taka, że pracując jako kontraktor wraz z końcem takowego facet staje się bezrobotny. A że oil&gas nadal w Aberdeen leży i kwiczy, nie mając wyboru, za to mając zobowiązania wobec rodziny, Kuwejt stał się jedyną opcją. Może nie najbardziej bezpieczną, milon lat świetlnych odległą od Aberdeen, za to lukratywną jak mało co i z zawodowego punktu widzenia wielce nobilitująca.


      Trudno w tym momencie dziwić się , że nie fikam nóżkami z radości. Smuteczki, ech smuteczki, bo kontrakt jest bezterminowy, w rocie 4 miesiące pracy na dwa tygodnie urlopu. Znaczy - mogę spodziewać się jego powrotu na stałe po miesiącu, pół roku, dwóch latach…albo nigdy (nie, takiej opcji żadne z nas nie bierze pod uwagę).


      Tryb Penelopy, w który włączę się lada dzień przewiduje wydzierganie narzuty na łóżko, bo obecna jest przykrótka; odmalowanie wszystkich kaloryferów oraz drzwi; doczytanie Anny Kareniny, Mistrza i Małgorzaty, Śniadania u Tiffany'ego (i kilku innych tytułów z klasyki, bo pora na nie, a życia nie przybywa); wypróbowanie tych wszystkich przepisów, których cały wydrukowany stos czeka  cierpliwie w kuchni.



      Oraz wsłuchiwanie się w smutaśne piosenki i popłakiwanie po kątach.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Psie smuteczki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 września 2016 20:02
  • niedziela, 04 września 2016
    • Wierzę (w siebie!!!)

      Mówią, że egzystencjonalne napisy na ścianach - czy to w formie obrazów, plakatów czy innych naklejek - są pretensjonalne i w stylu pokolenia Ikea (cokolwiek to znaczy, a ja i tak się nie poczuwam). Jak już wspomniałam w ostatnim wpisie - moje mieszkanie jest moje i robię w nim tak, jak mnie się podoba. A inni mogą mnie cmoknąć - egzystencjonalnie albo i nie.

      To co pojawiło się w tym tygodniu na ścianie mojej sypialni podsumowuje jednym celnym zdaniem cały ubiegły rok, a właściwie pokazuje jak to się stało, że jestem tu gdzie jestem. To pierwsza rzecz którą widzę po przebudzeniu - mentalny kop, żebym nigdy nie zapomniała czym się kierować. Na mnie działa :)

       

      ps. każdą literkę kleiłam osobno, tak na oko - i proszę, całkiem prosto wyszło!

       


       

      uwierzyła, że może - i zrobiła to

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wierzę (w siebie!!!)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 września 2016 23:25
  • niedziela, 28 sierpnia 2016
  • niedziela, 21 sierpnia 2016
    • Paluszek i główka

      Paluszek i główka, jak to mówią, szkolna wymówka. Bo szkoła się zaczęła w Szkocji w ubiegłym tygodniu i dziecko moje bardzo, bardzo do niej iść nie chciało. Bo to wiecie trzecia klasa, jak to mówią, nie przelewki.


      Tu się wtrącę, bo akurat trzecia klasa wydaje mi się być fajna. Człowiek nie jest już maluchem w ogólnej pierwszej czy drugiej, wybrał w miarę świadomie przedmioty których chce się uczyć, a ciągle jeszcze nie wiszą nad nim państwowe egzaminy. 

       

      Dziecko próbowało najpierw marudzenia, że brzuszek, że główka, że coś tam – poddało się i poszło czynić wieczorne ablucje. Po kwadransie usłyszałam  cichutki głosik zza drzwi ‘ mamusiu, możesz przyjść?’, a w środku czekała na mnie rzeź niewiniątek. Hanna Emilia – jakby nie było dziewczę nastoletnie, postanowiła przygotować się do pierwszego dnia szkoły rzetelnie i ogolić nogi na WF. Niefortunnie chwyciła golarkę za ostrze i zaliczyła podwójne cięcie na małym paluszku lewej dłoni. Wanna cała w krwi, dziecko owinięte małym ręcznikiem trzesie się z zimna i zdenerwowania, a krew sobie płynie nieprzerwanie. Pierwsze co mi przyszło do głowy to palec pod wodę – chyba mi się z oparzeniem pomyliło, ale przynajmniej krew leciała do umywalki, nie na podłogę i dziecko. Dwa opatrunki przeciekły jak chuderlawa chusteczka higieniczna – potrzebowałyśmy czegoś mocniejszego, ale przy tym wydawało mi się, że zacięcie jest powierzchowne, skąd więc tyle tej krwi?!


      Dziecko nadal z palcem pod wodą, a matka do internetu szukać porady – co nie było najlepszym pomysłem, jak się wkrótce okazało…


      Porada pierwsza – trzymać pod wodą (nie, nie trzymać bo rana nie ma szansy się zamknąć – nie bez przyczyny samobójcy tnąc żyły robią to w wannie…).

      Porada druga – zasmarować wazeliną (nie używam, nie posiadam)

      Porada trzecia – przemyć Listeryną (nie używam, nie posiadam)

      Porada czwarta – przemyć octem; niestety używam i posiadam – przemyłam, a dziecko mi zbladło jeszcze bardziej, najpierw kwiknęło z bólu, potem zaczęło się słaniać na nogach i mamrotać jak Osiołek w Shreku (O, nie! Palce mi drętwieją! Gdzie są moje palce?! – z tym że Hanna E jęczała ‘nie czuję uszu!’)


      Porada piąta i kolejne nie miały już szansy w tym momencie, bo spanikowana z lekka zadzwoniłam na NHS24 – takie jakby pogotowie telefoniczne, zanim człowiek poleci na prawdziwe pogotowie. Pani operatorka wypytała co się dzieje, kazała trzymać ucisk na palcu przez dwadzieścia minut, a palec wywindować nad głowę. Jak się nie poprawi mam dzwonić znowu, ew w międzyczasie oddzwoni do mnie pielegniarka z dodatkowymi poradami. 20 minut w niczym nam nie pomogło, krew lała się nadal, pielęgniarka oddzwoniła – pogadała przyjaźnie z Hanną i wysłała nas do pogotowia przy szpitalu. Szczęście w nieszczęściu, przy szpitalu dziecięcym, bo na oddziale dorosłym pewnie siedziałybyśmy kilka godzin…

       

      Palec owinięty w ręcznik, 23 na zegarku, pomykamy do szpitala – o dziwo nawet znalazłam właściwy wjazd i miejsce na parkingu. Przemiły Pan Pielęgniarz już miał Hannę Emilię w systemie, zajął się nią profesjonalnie i zabawnie. Wyjaśnił dlaczego palec krwawił jak połamane zakochane serduszko, położył ją na leżance w obawie, że dziecko może fiknąć jednak omdlone i zostawił na kwadransik każąc znowu uciskać ranę.


      Po kwadransie krwawienie cudownie ustało, opatrunek założono. Nie było szycia, żadnych leków, maści - zwykły bandaż... Koniec historii jest taki, że Hannie Emilii nowy rok szkolny przesunął się o jeden dzień, bo po emocjach szpitalnych i powrocie do domu po północy, pozwoliłam jej odpocząć.


       

      W tym momencie humory miałyśmy już całkiem dobre, chociaż szpital nocą w połączeniu z charakterystycznym zapachem środków odkażających, przywołał mi wszystkie koszmarne wspomnienia z czasów dookoła onkologicznych :(

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 sierpnia 2016 23:05
  • niedziela, 14 sierpnia 2016
    • więc chodź, pomaluj mój świat

      Dziecko poleciało w świat daleki i wróciło z tegoż – całe, w jednym zmęczonym kawałku, ze słowotokiem i lekkim obłędem w oku. Przez kolejne dwa dni po powrocie nieomal każde zdanie zaczynało się od „a w Ameryce to…” albo „bo jest taki sklep w Nowym Jorku…” – potem Hanna Emilia zapadła się w swoim nowym pokoju, nowym łóżku i z tegoż łóżka, głównie w pozycji horyzontalnej, dogorywała do końca wakacji. Czyli do teraz, bo szkoła zaczyna się już we wtorek.

       

      Domniemywać należy, że Nowy Jork się spodobał, chociaż temperatury i wilgotność mocno Hannie dojadły. Co nie wpłynęło na modyfikację marzenia pod tytułem „będę studiować/pracować/mieszkać w NYC”.

       

      W czasie gdy Hanna E śniła swój amerykański sen, matka wiła nowe gniazdko. Pakowała, przewoziła, ustawiała, kupowała, malowała – generalnie oddawała się swoim ulubionym czynnościom DIY (Do It Yourself czyli po naszemu majsterkowanie). I oddaje się im nadal z dużą przyjemnością, chwaląc sobie przede wszystkim fakt, że wszystkie decyzje podejmuję samodzielnie i ni cholery nie muszą ich z nikim konsultować! Mając do tego mentalne wsparcie w postaci Mr Vegan, który włożył w moją głowę jedno, za to bardzo ważne zdanie („rób tak, żebyś TY była z tym szczęśliwa”) – tworzy nam się mieszkanko milusie, kobiece, funky z odrobiną szaleństwa, absolutnie MOJE :)



      Zdjęcia wkrótce, kolorystyczny przedsmak już teraz.


      Ps. To nie jest post na odczepne, to jest post pt „wybaczcie przestój -  życie na zakręcie między nowym mieszkaniem, starą pracą, dzieckiem poszukującym swojego miejsca na świecie i nieoficjalnym facetem w przededniu wyjazdu na Bliski Wschód”

       

      kuchnia w kolorze merlot


      z szafkami w kolorze truskawkowym i szarym

       

      sypialnia Biskupinki w kolorze teal


      z dodatkami w kolorze czekolady

       


      living room jako biel w odcieniu różu i fioletu z dodatkami, których chwilowo brak ale coś jakby fuksja może?


       

      Hanna Emilia prosi o uszanowanie jej prywatnej własności: żadnych zdjęć!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „więc chodź, pomaluj mój świat”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 sierpnia 2016 00:17
  • wtorek, 26 lipca 2016
  • piątek, 15 lipca 2016
    • Kółeczko w życiorysie

      W natłoku ostatnich wydarzeń – dziecko pofrunęło do Hameryki, drogą kupna weszłam w posiadanie mieszkania, Mr Vegan siedzi nieomal na walizkach w oczekiwaniu na kontrakt do Kuwejtu – prawie umknęła mi była dziesiąta rocznica zamieszkania w Szkocji! Tak jakoś to wypada w pierwszej połowie lipca, dokładnej daty nie pomnę – ale załóżmy, że dzisiaj. Albo wczoraj. Albo tydzień temu. Ewentualnie może być, że ósmego lipca – wtedy uznamy, że moje prywatna historia zatoczyła pełne koło i wróciłam tam, gdzie zaczęła się szkocka odyseja.

       

      Półsłówkami w poprzednich wpisach przebąkiwałam o kredycie, zakupie mieszkania i takich tam.  Bo nie lubię pisać o czymś, co patykiem po wodzie pisane i z dużych oczekiwań gorzki płacz. Ale nie tym razem!

      Równo pół roku temu we wpisie ‘Klawo jak cholera’, pojawiły się słowa: ‘miałam dostać kredyt, miałam znaleźć śliczne mieszkanko i je kupić w maju, wprowadzić w czerwcu, niuniać, głaskać i tarzać we własnych czterech kątach przez wakacje’. I otóż słowo stało się ciałem, że tak powiem – z pominięciem maja i czerwca, za to z przytupem w lipcu: kupiłam mieszkanie!


      A wszystko zaczęło się ot właśnie pół roku temu, kiedy rzeczony doradca trąba niczego mi nie doradził (ale kasę zdążył zgarnąć za usługę). Sama się wzięłam do roboty i znalazłam spółdzielnię mieszkaniową Grampian Housing Association, gdzie rzutem na taśmę jako ostatnia klientka zostałam zaproszona na rozmowę osobistą – po mnie zmienił się system i wszystko odbywa się wyłącznie przez internet. Co tydzień pojawiają się ogłoszenia o wolnych mieszkaniach/domach, należy zgłosić swoje zainteresowanie przez kliknięcie przycisku ‘hej, weźcie mnie pod uwagę, proszę, proszę!’ i czekać. To ostatnie jest zasadnicze i kluczowe: do jednej oferty nieruchomości może być nawet i dwieście zainteresowanych osób… Jeśli jesteś szczęśliwym wybrańcem, dzwonią i uruchamiają procedurę.


      W ramach spółdzielni można nieruchomość wynająć na wieki wieków lub kupić: w całości lub w części. Najmniejsza możliwa do kupienia cząstka to 25% wartości mieszkania, po roku można wykupić kolejne 25% i kolejne…

       

      Poczytałam, pooglądałam, poklikałam zgłaszając swoje zainteresowanie zarówno na wynajem, jak i na kupno - i zajęłam się swoim życiem, bo przecież jakie może być prawdopodobieństwo otrzymania oferty zakupu, jeśli oprócz mnie zgłosiło się pińcetsto osób?

       

      A tu bum, nagle i niespodziewanie telefon, że jest mieszkanie. Ale że pani nie jest pewna czy ja wyrażę chęć, bo ono jest nie w centrum, tak jak prosiłam w aplikacji. Nie w centrum, trudno – byle nie na drugim końcu miasta, bo ślimaczyć się korkach do i z pracy, nie mam ochoty. Więc gdzie ono? Ach, no ono właśnie jest w dzielnicy Garthdee – prawie spadłam z krzesła słysząc to, a ciąg dalszy jej wypowiedzi przyprawił mnie o głupawkę i kołatanie serca.


      Wtręt i wyjaśnienie:

      Garthdee to dzielnica, w której mieszkaliśmy w pierwszych trzech latach po przyjeździe do Aberdeen, i do której zawsze chciałam wrócić, i do której byłam przekonana nie wrócę nigdy – ze względów rzecz jasna finansowych.

       

      Jak w absolutnie nierealnym śnie, rzeczy zaczęły się dziać i to chyba w taki sposób, żebym miała o czym na blogu pisać…


      Nowy doradca finansowy, absolutnie zachwycający człowiek, znalazł kredyt w pięć minut – to był warunek, żeby Grampian Housing w ogóle mnie rozważał w swoich planach. Niestety, przy dalszych czynnościach papierologicznych okazało się, że kredytodawca nie finansuje nieruchomości na terenie Szkocji… Zachwycający Człowiek zaczął więc szukać nowego kredytu – szukał, szukał ale ciągle mu wychodziło, że mogę co najwyżej pożyczyć £4000 – eeee?? Ja więcej mam na mojej karcie kredytowej! Rozumiem, że jako samotny rodzic pracujący na pół etatu nie jestem szczególnie wiarygodna dla banku, ale chyba bardziej niż pracownik olejówki, zagrożony zwolnieniem w związku z ciągłym kryzysem i cięciami. Brak sukcesu w poszukiwaniach online sfrustrował mojego Zachwycającego Człowieka na tyle, że udał się do telefonu żeby osobiście z bankiem rozmawiać. Ja w tym czasie próbowałam się modlić do dowolnie wybranego boga/bogini/bóstwa, trzymać kciuki i wykonuwać różne inne zabobony. Chyba pomogło, bo Zachwycający Człowiek wrócił by obwieścić mi ni mniej, ni więcej że w aplikacji online wkradał się błąd (informatyczny po stronie banku), natomiast w aplikacji telefonicznej proszę bardzo, mogę dostać tyle ile potrzebuję, a nawet więcej – gdzieś tak około sześciokrotność rzeczonych czterech tysiaków.

       

      A potem to już z górki: Zachwycający Człowiek polecił Prawniczkę (taka procedura – wszystkim zajmuje się prawnik, kupujący tylko podpisuje papiery i nic innego go nie obchodzi). Prawniczka skontaktowała się z Grampian Housing. Po tygodniu czy dwóch zaprosiła na podpisanie papierów. A następnego dnia po odbiór kluczy.


      Ósmego lipca właśnie.


      Wróciłam na Garthdee. Wróciłam na tę samą ulicę, gdzie dziesięć lat temu wynajmowaliśmy dom. Wróciłam bogatsza o tony doświadczeń, hektolitry wylanych łez, tysiące smutków i setki złamanych obietnic. Wróciłam mądrzejsza i spokojniejsza. Szczęśliwa jakaś taka po prostu :)

      Garthdee i Hania 10 lat temu

       

      ps. a teraz idę świętować moje dziesięciolecie!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kółeczko w życiorysie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      piątek, 15 lipca 2016 22:16
  • piątek, 01 lipca 2016
    • Z trzech stron

      Trzy różne punkty wyjściowe, ale jakby jedna myśl przewodnia. Trochę słodko, trochę gorzko.


      Hanna Emilia zakończyła właśnie czwarty tydzień trzeciej klasy (S3) i udała się na zasłużone wakacje. Z pewnymi przedmiotami i nauczycielami pożegnała się na dobre, na przykład z historią. Christina, która tejże historii uczyła ją od pierwszej klasy – a wcześniej widywała w czasach podstawówkowych, kiedy dziecko bywało ze mną w in service days  -  powiedziała mi niedawno coś, co jako matkę przyprawiło mnie o kilka niekontrolowanych łez. Szło to jakoś tak: „w ciągu ostatniego roku zauważyłam u Hanny ogromną zmianę, z cichej, nieśmiałej dziewczynki, z wiecznie opuszczoną głową i uciekającym wzrokiem, stała się pewną siebie, otwartą dziewczyną, która ma swoje zdanie i potrafi go bronić, bez problemu występuje na forum klasowym, jest swobodna i elokwentna.”


      Serce fiknęło koziołka – czy to nie jest opinia, jaką każdy rodzic chciałby usłyszeć?!

      Czy to nie jest opinia, którą chciałoby się podzielić z drugim rodzicem Hanny Emilii?? Żeby być może spuchł z dumy, tak jak ja? No, ale przecież to właśnie sytuacja BEZ drugiego rodzica sprawiła, że dzisiaj jest ona właśnie taką świadomą i rezolutną panienką...


      A zaraz przyjdą kolejne sytuacje, w których duma pomiesza się ze stresem – egzaminy szkolne, prawo jazdy, pierwsze randki, samodzielne wyjazdy na wakacje, nieszczęśliwe miłości, studia... Komu o tym mówić, no komu??


      Bo są takie, wyczytane w fikcyjnej literaturze, którą karmię się nieustannie (aczkolwiek nie biorę na serio) – rodziny, gdzie facet dostawszy porządnie w łeb mentalną patelnią, ogarnia się. Lekko, łatwo i przyjemnie „Awaria małżeńska” Nataszy Sochy i Magdaleny Witkiewicz kreśli taką rodzinę – dwie nawet, które na skutek nieprzyjemnego wypadku komunikacji miejskiej, tracą z zasięgu mamusie (unieruchomione w szpitalu), a tatusiowie muszą ogarnąć. I piórem autorek ogarniają. W realu mojego życia, to ja miałam okazję poznać poziom ogarnięcia Biszopa, kiedy 14 i 10 lat temu zdiagnozowano u mnie nowotwór. Także ten... Fikcja sobie, moje życie sobie, a cytacik z książki, który boli mocnoprzy świadomości jak bardzo nie spełni się w życiu mojej córki brzmi „(...) tata jest naprawdę super! – powiedział Kacper. Wiem – pomyślała natychmiast – Jest w końcu największym bohaterem dla swojego syna i największą miłością swojej córki”.


      I jest jeszcze ten trzeci punkt wyjściowy, który podsumowuje doskonale moje słodko-gorzkie myśli.  Kluczowe w całym artykule jest słowo kompetencje...

      Oczywiście w naszym przypadku opieka naprzemienna czy jakakolwiek inna nie wchodzi w rachubę. Spektakularny, aczkolwiek moralnie podejrzany, wybór nowego miejsca zamieszkania ojca Hanny E, skutecznie uniemożliwia uczestniczenie w życiu dziecka w formie innej niż telefoniczna. Która daleka jest od czynnej. Która daleka jest od jakiejkolwiek. Z czym pogodzić jest mi się tak trudno – nie, nie ze względu na siebie, że z takim człowiekiem się związałam. Tym bardziej nie ze względu na byłego męża! Hanna Emilia jest jedynym powodem, dla którego łudzę się głupią nadzieją, że uczucia ojcowskie jeszcze się odnajdą. Nie można patrzeć bez bólu serca na tą fantastyczną dziewczynę, jaką jest moja córka i nie myśleć – jak bardzo zasługuje na dobrego ojca, jak bardzo zasługuje żeby być córusią-tatusia, rozpieszczaną, uwielbianą, podziwianą i kochaną. Jak bardzo to wszystko ma ode mnie, ale przecież nie o to chodzi...

       

      Ps. Brytyjski Dzień Ojca (19 czerwca) przemianowałyśmy na Dzień Matki i Córki :)

      Ps. Tekst miał iść w ubiegłym tugodniu, ale Brexit przeszkodził ...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Z trzech stron”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      piątek, 01 lipca 2016 23:01
  • wtorek, 28 czerwca 2016
    • A jednak nieprzyjemnie

       

      czyli Brexitu ciąg dalszy.

       

      Jasne, w Anglii nawet bardziej nieprzyjemnie, ale i Szkocja pokazuje swoje ksenofobiczne oblicze. 62% Szkocji głosowało za pozostaniem w Unii – ani nie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem, że wszyscy zgadzają się emigrantów, ani nie jest to przytłaczająca większość. Jakby nie patrzeć to prawie 40% ludzi chciało jednak z Unii wyjść...

       

      Politycy szkoccy prześcigają się w zapewnieniach, że obywatele Unii są tutaj mile widziani, doceniani, że wręcz honor czynią swoim wyborem miejsca zamieszkania. Mówią to na szczeblu lokalnym, krajowym szkockim i ogólnokrajowym królewskim.  Bardzo to ładne, ale to co mówią politycy, niekoniecznie przekłada się na poszczególnego szkockiego Kowalskiego. A to właśnie ów szkocki Kowalski jest moim sąsiadem, a nie Nicola Sturgeon. I to właśnie taki sąsiad nabazgrał na pobliskim przystanku:

       

      przystanek pechowej lini 13

       

      Co, wykorzystując złą gramatykę stwierdzenia *, przerobiłam na to:

       

      drugi dzień już wisi - nikt nie zerwał naklejek, nikt napisu nie zmazał, nikt niczego nie dopisał

       

       

      Jak pisałam wcześniej – ja się nie znam, nie wiem, nie umiem, zarobiona jestem, ale odnoszę wrażenie że ekonomicznie naprawdę niewiele się zmieni, bo nikt nie chce tracić pieniędzy. Politycznie zmienić może się dużo, chociaż impakt zmian rozłoży się w czasie. A najgorzej ucierpi dół czyli ja i mnie podobni. O ile przed obcięciem benefitów czy dostępu do usług medycznych czy czego tam jeszcze chcą pozbawić obywateli Unii, ochronić mógłby mnie paszport brytyjski, o tyle przed samymi atakami rasistowskimi już nie bardzo...

       

      Czytam komentarze w prasie brytyjskiej i jestem przerażona – Brexit otworzył puszkę Pandory, na wierzch wychodzi to wszystko, co ludzie do tej pory skrywali z obawy przed oskarżeniem o rasizm. Teraz rasizm jest nowym sportem narodowym, zwłaszcza w momencie kiedy drużyna Anglii odpadła z Euro. Rasistowskie graffiti na budynku POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny) w Londynie - pierwszy taki atak w jego 50letniej historii! Dzieci w szkole przerażone wizją deportacji, komentarze na facebooku, twiterze, w autobusie, restauracji...

       

      Pociesza mnie wsparcie ze strony szkockich znajomych #welovemarta #scotlandisyourhome. Wzrusza mnie akcja z agrafkami - po angielsku nazywanymi safety pin=bezpieczna szpilka; osoba z wpiętą agrafką deklaruje wspracie dla emigrantów, daje sygnał, że w jej towarzystwie możemy się czuć bezpiecznie.

       

      W Aberdeen niby spokojnie, ale...

      ...jakaś zadra niewielka utknęła w sercu; gdzieś w podświadomości, z tyłu głowy rosną obawy, strach, niepokój. Nie wiem co będzie jutro. Może nic, może ktoś rzuci kamieniem  w polski sklep, może wygram na loterii, albo przestanę odzywać się po polsku w miejscach publicznych, żeby kogoś nie sprowokować. Nie wiem, ale do Polski i tak nie wrócę.

       

       

      *Polish to polski, ale również polerować

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 czerwca 2016 22:33
  • sobota, 25 czerwca 2016
    • Brexit

      Ja nie wiem, ja się nie znam, ja chciałabym w spokoju zająć się swoim życiem, a polityka znowu mi się z lekka w to życie wpie*dala – yyy, znaczy ingeruje.

      Do stresu co z tym kredytem (przyznali!), jak Hanna Emilia doleci do NY (terroryści, wszędzie terroryści!), czy nieoficjalny boyfriend podpisze umowę o pracę i wyjedzie w Kraje Arabskie (bez komentarza…), doszedł jeszcze  Brexit.

       

      Nikt tego nie brał na poważnie. A może ludzie brali, ale ja miałam co innego na głowie? Nagle bęc, budzę się rano, burza za oknem (nietypowo w Szkocji, więc wiedziałam że z tego nic dobrego nie wyniknie), a necie już huczy – UK odchodzi! Unia płacze! Szkocja jest wkurwiona!

       

       

      Strach przed nieznanym zaciska się bólem wokół oczu. Poziom stresu, w jakim żyję obecnie wystrzeli mi wszystkie żyłki w kosmos i zemrę śmiercią tragiczną. Nie pytajcie mnie co będzie, bo tego nikt nie wie. Co mówi szkocka ulica też różni się od tego, co mówi ulica angielska czy irlandzka. Podejrzewam, że ekonomicznie wcale się aż tak nie zmieni, prędzej politycznie, ale generalnie zrobił się nieprzyjemny smrodek.

       

      Szkocja zawsze była bardziej. Bardziej na północ. Bardziej przyjazna i otwarta. Bardziej szczera. Bardziej zimna i wilgotna. Bardziej zakręcona. I bardziej niezależna, nawet będąc częścią Królestwa. Nigdy nie czułam się tutaj emigrantką, kimś obcym czy gorszym, zabierającym pracę i zasiłki (chociaż w ostatnim czasie nie dość że zasiłki biorę to i jeszcze szkockiego chłopa podebrałam!). Jedyne czego doświadczałam to przyjazne nastawienie, chęć pomocy, otwarci, sympatyczni ludzie. Żadnych przykrości, psiejsko-czarodziejsko, istna sielanka. Nie wiem, może to kwestia miejsca pracy, dzielnicy, a może mojego charakteru. Nic się tutaj nie zmieni – tak chcę myśleć.

       

      Bardziej wierzę Nicoli Sturgeon, szefowej szkockiego rządu kiedy mówi to:

       

      niż komukolwiek ze zwolenników wyjścia z EU mówiącemu:” sytuacja obywateli Unii Europejskiej przebywających zgodnie z prawem w Wielkiej Brytanii nie ulegnie zmianie. Ci obywatele UE automatycznie otrzymają pozwolenie pobytu na czas nieokreślony (indefinite leave to remain) w Zjednoczonym Królestwie i będą traktowani nie mniej korzystnie niż obecnie.” Zastanawiam się, czy pozwolenie trzeba będzie nosić zawsze przy sobie? Może będzie to forma wklejki w paszporcie, którym człowiek okazywać się będzie przy okazji kupowania cidra w Asdzie? Albo od razu naszyjmy sobie gwiazdy na rękawy?

       

      Teoretycznie prawo nie działa wstecz. Praktycznie okazać się może, że trzeba będzie aplikować o pozwolenie na pracę. Które być może zostanie nam przyznane, być może nie. Bez pracy nie ma dochodów. Bez dochodów nie ma kredytu, czynszu, benzyny, ani wspomnianego cidra. Bo nie wątpię, że jedną z pierwszych rzeczy będzie odebranie prawa do zasiłków – przecież emigranci żyją wyłącznie z benefitów, nieprawdaż….

       

      Prawdopodobny scenariusz to drugie referendum w sprawie niepodległości Szkocji – oraz wstąpienie na ścieżkę przyjęcia do Unii. Bo Szkocja przecież jest bardziej :)

       

      A to zostanie osamotnionym Anglikom na tea time

       

      ps. komentarz Hanny Emilii: ale mamo, do Polski nie możemy wrócić przecież! Kanada?!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Brexit”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      biskupinka.szkocja
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2016 00:06