Rodzina, praca czyli jak się żyje w Szkocji. Niezobowiązujące notki do podczytywania przy porannej lub popołudniowej kawie
RSS
czwartek, 10 maja 2012
Sądny dzień w Aberdeen

W ciągu ostatnich dwóch tygodni czułam się, jakbym przypadkiem trafiła na plan serialu „Alternatywy 4” (które obejrzeliśmy niedawno ze Ślubnym w ramach prywatnego festiwalu im. Romana Wilhelmiego). Było absurdalnie, PRLowsko i miejscami nieprzyjemnie. Wszystko to z powodu dyżurów konsularnych, które nasze Stowarzyszenie organizuje w Aberdeen. Tym razem przypominało to scenę wywieszania listy przydziałów na mieszkania w „Alternatywach”.

 

Zazwyczaj rezerwacja miejsc na spotkanie z konsulem odbywała się przez naszą stronę internetową, ale po fali krytyki, że miejsca rozchodzą się w ciągu 15 minut i jest to co najmniej podejrzane, diabeł nas podkusił zrobić zapisy osobiste... W jedną sobotę i w jedną niedzielę przez dwie godziny, ludzie mogli przychodzić do biura i się zapisywać. Plusy takich zapisów były dwa: godzina spotkania ustalana indywidualnie w zależności od sprawy (system komputerowy ma sztywne ramy czasowe) oraz dokładne wytłumaczenie, jak chłop krowie na rowie (poparte licznymi wzorami dołączanymi do wniosków paszportowych) co, gdzie i jak. Chociaż i tak sądzę, że drugi plus jest znikomy i znowu się trafią ludzie, którzy pomimo tłumaczenia i wzorów przyjdą z źle wypełnionym wnioskiem. Liczba minusów tych zapisów znacznie przewyższa plusy...

 

W pierwszym dniu ludzie zaczęli ustawiać się już po 7 rano (zapisy startowały o 11.oo), w drugim dniu pierwszy człowiek był o 4 (rano? To chyba jeszcze noc...).

 

Kolejka sięgała od naszego II piętra do drzwi wejściowych oraz na chodniku wokół biura.

 

Odesłaliśmy jakieś sto niezadowolonych osób do domu, bo nie było już miejsc na liście.

 

Usłyszałam jedną groźbę/obietnicę złożenia na mnie personalnej skargi do konsulatu.

 

Spędziłam co najmniej pół godziny na schodach, tłumacząc dlaczego nie możemy podać ile konkretnie jeszcze osób przyjmiemy oraz dlaczego tak mało. Byłam opanowana i konkretna, ale ostatnie wyjście w tłum kosztowało mnie trochę nerwów (jedna przymała Biskupinka kontra kilka tuzinów niezadowolonych mamusiów i tatusiów).

 

Ostatecznie zapisanych mamy 101 osób, rekordowo dużo. Mam nadzieję, że Panowie z konsulatu mają dobre ubezpieczenia zdrowotne...Sądny dzień już w najbliższą sobotę.

 

 

Sprawa posług konsularnych ma tyle stron, ilu ludzi chętnych na spotkanie z Konsulem. I wszyscy mają rację. Poniekąd i w pewnym sensie.

 

Strona pierwsza: konsulat

Mają tyle ludzi, ile mają i ani jednej duszyczki więcej, a do obstawienia Belfast, Inverness, Aberdeen i oczywiście sam Edynburg – wszystko z przyległościami. Na moje oko pracownicy konsulatu są bardzo w porządku i robią co mogą, żeby ludziom pomóc. Piekielnych wśród nich nie spotkałam, ale być może maskują się uprzejmością i uczynnością, bo liczą na darmową kawę w naszym biurze. Albo herbatę z cytryną. Kto ich tam wie. (w tym miejscu uśmiecham się uroczo w stronę Pracowników Konsulatu, bo wiem, że niektóre osoby podczytują mojego bloga).

Fizyczną niemożliwością jest przyjąć wszystkie zainteresowane osoby w ciągu jednego dnia w Aberdeen. Logiczne, ale...

 

Strona druga: petenci

...człowieki mają swoją rację. Urząd jest dla nich, nie oni dla urzędu. Dzieci rodzi się coraz więcej, a przepis o corocznym odnawianiu paszportu dla dziecka poniżej piątego roku życia, nikomu tego życia nie ułatwia. Edynburg wprawdzie na końcu świata nie leży i z Aberdeen to tylko 2-3 godziny jazdy samochodem, ale dla rodziny z ledwo urodzonym bejbisiem to cała mega wyprawa. Nie wspominając o kosztach paliwa, straconej dniówce w pracy oraz nadwyrężeniu psychicznym i fizycznym. Więc dyżur w Aberdeen jest wybawieniem od uciążliwości, problemem jest tylko dostać się na takie spotkanie. Komu się udało – wdzięczny jest Stowarzyszeniu; komu się nie udało – pluje jadem i na PAA, i na ludzi którzy na spotkanie się zapisali, a do tego...

 

Strona trzecia: PAA

...śle skargi, że za krótko, że za mało, że im się spotkanie z konsulem należy jak psu zupa, że wolne miejsca PAA rozdaje znajomym albo sprzedaje na lewo, czerpiąc gigantyczne korzyści majątkowe.

Czy ktokolwiek w tym cyrku pamięta jeszcze o kilku drobiazgach? Że na ten przykład członkowie PAA są wolontariuszami ( owszem, poświęcają swój czas, energię, pieniądze, żeby pomagać innym, bo tak zdecydowali, ale to nie znaczy, że można ich wykorzystywać bez opamiętania). Oraz że ani PAA, ani konsulat nie ma obowiązku robić wyjazdowych dyżurów konsularnych.

 

Najlepiej całą sprawę oddaje wyrażenie ‘daj palec, to urwą rękę’ – do dobrego łatwo się przyzwyczaić, ale czemu ograniczać się do dobrego, skoro można żądać lepszego?! Czasem myślę, że nie warto być miłym i pomocnym, bo na pewno znajdzie się ktoś, kto to nie dość, że wykorzysta, to jeszcze skrytykuje i zmiesza z błotem.

 



17:09, biskupinka.szkocja
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 maja 2012
Dialogi z Panną Hanną: dlaczego warto być cierpliwym...

Gust, jak wiadomo, rzecz nabyta i się zmienia. Kiedyś Panna Hanna tuńczyka uwielbiała, potem miała na niego odruch wymiotny, teraz powrócił do łask. Jestem wyrozumiała, w końcu dziecko też człowiek i ma prawo zmieniać zdanie w kwestii smaku. Oraz ulubionych rozrywek. Panna Hanna przez długi czas nie była wielbicielką kina. Nie naciskaliśmy, bo po co – przyjdzie czas i znowu będziemy sobie chodzić na filmy razem. Albo i nie razem, bo być może kiedy ona się 'nawróci' na kino, będzie już obciachem pokazywać się z rodzicielami w miejscach publicznych...

 

Krótki wstęp prowadzi do wczorajszego dialogu z moją córką. Dialogu zaskakującego i bynajmniej nie filmowego (aczkolwiek pozostającego w kręgu artystycznym)

 - Mamo, poszłabym do kina! Może grają coś w 3D dla dzieci?

- Sprawdzimy, to sobie pójdziecie z tatą w niedzielę (wyrodna matka znowu udziela się społecznie w PAA)

- Nieee, z tatą to ja nie chcę... wiesz jak on strasznie marudzi....

- Wiem, ale to mój mąż, a Twój ojciec, więc zapamiętaj raz na zawsze: tata marudził, marudzi i marudzić będzie, taki już jest, tego nie zmienisz – przyzwyczaj się!

- Ech mamo, bo jakbyś poczekała, to mogłaś wyjść za mąż za Elvisa...Byłabyś mrs Presley a ja miss Presley!!

- O_o

 



23:51, biskupinka.szkocja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Że gdzie??????

Meganka się rozchorowała. Autkowy doktor wymienił Megance sprężynę i już wszystko dobrze. Ale jednakże dwa dni choroby zmusiły mnie do heroicznej wędrówki pieszej do miejsca pracy i nazad. 1.9 mili w jedną stronę, co daje nam 3.8 mili w jeden dzień czyli ponad 6 kilometrów!!!

Ogarniam, ogarniam - ale żeby zakwasy mi się w półśladkach zrobiły??? Od chodzenia?!?! Tego nie ogarniam...

18:42, biskupinka.szkocja
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Wiosenna garść refleksji

Wyjazd wiosenny do Polski przyniósł – oprócz kilku dodatkowych centymetrów w pasie po mamusinych serniczkach i mazurkach – garść refleksji.

 

Refleksja filozoficzno-pisarska

Czy formuła tego blogu nadal ma sens? Kto go czyta i czego oczekuje? Piszę coraz rzadziej, bo to o czym chciałabym napisać jest zbyt osobiste. Założyć więc nowy blog, nie podając do publicznej wiadomości jego adresu? Pisać po to żeby się 'wypisać', zrzucić z serca, duszy i wątroby co mnie tam uwiera? Ale przecież blog to nie tylko posty, to również komentarze – nie piszę sobie a muzom, piszę dla ludzi i oczekuję reakcji. Więc?...

 

Refleksja geograficzno-matematyczna

12 lat minie w sierpniu, od kiedy wyjechałam z miasta,w którym urodziłam się, wychowałam, dostałam pierwszą i drugą pracę. Miasta, gdzie nadal mieszka nieomal cała moja rodzina (jej ważniejsza część).

6 lat minie w lipcu, od kiedy wyjechałam z Polski i zadomowiłam się na dobre w Szkocji.

Co wynika z tej matematyki? Czy mam prawo krytykować państwo, z którego pochodzę, a którego nie nazywam już ojczyzną? No ale jednak – drażnią mnie drobne, codzienne sprawy zbierające się w całkiem spory stos, który coraz trudniej przeskoczyć.

 

Refleksja ekonomiczno-finansowa

Jak się żyje w kraju, gdzie o pracę trudno, zarobki są niskie, a ceny kosmiczne? Się żyje. Ale najwyraźniej ma się od tego tendencje do narzekania (niektóre spotkane osoby) lub wpadania w błogozachwyt nad szeroko pojętym Zachodem (inne spotkane osoby). Się żyje, ale nie potrafiłabym już do tego wrócić...

 

Refleksja edukacyjno-psychologiczna

Syn mojej przyjaciółki jest równolatkiem z Panną Hanną czyli chodzi do III klasy. Kiedy jego mama zaczęła wyliczać ile Mateuszek ma zeszytów, ćwiczeń i książek (obowiązkowo zabieranych codziennie do szkoły), westchnęłam równie ciężko, jak ciężki musi być plecak tego małego chłopca. Kiedy usłyszałam ile zadań domowych dzieci dostają do domu, pokiwałam głową. Ale kiedy usłyszałam ile z tych zadań przeznaczonych jest do wykonania przez rodziców – załamałam się. Oraz kwiknęłam ze śmiechu, prawdę mówiąc, chociaż przypuszczam, że rodzicom do śmiechu nie jest, kiedy muszą się wyżywać artystycznie pod dyktando Pani Wychowawczyni. Koszmar spełniony – powrót do podstawówki...

Czy w ten sposób polskie dzieci naprawdę będą lepiej wykształcone? Taaa, temat na potężną dyskusję o wyższości świąt bożego narodzenia nad świętami wielkiej nocy.

Mnie wystarczy, że Panna Hanna – dzisiaj właśnie – powiedziała “Mamo, lubię moją szkołę. Jest duża, mam fajną panią i dużo przyjaciołów” (tak, tak – pracujemy nad poprawną deklinacją). Jakoś tak zdrowiej? Mniej stresująco? Zachęcająco wręcz?

 

Refleksja podróżniczo-konsumpcyjna

A w ogóle to najbardziej lubimy z Panną Hanną spędzać czas w samolocie. Zwłaszcza od czasu kiedy latamy sobie Lufthansą – Panną Hanna została przekupiona żelkami, które wręczają jej na wejściu, a Biskupinka czerwonym winem wręczanym jej w trakcie lotu :)

 

 



20:03, biskupinka.szkocja
Link Komentarze (6) »
czwartek, 08 marca 2012
Panna Hanna czyli mix&match

 

Oczywiście, że każde dziecko jest jakąś mieszanką cech swoich rodziców. Już od kołyski ciotki ćwierkają 'oczka po tatusiu, ale uśmiech mamy'. Potem jednakże wychodzą na jaw cechy osobowościowe i wtedy już mało kto ćwierka. Kracze raczej...

 

Jasnym jest również, że najlepsiejsze cechy charakteru Panna Hanna ma po mamusi, a te nieco bardziej wybrakowane – po tatusiu, he, he :)

 

Sprzątać nie lubi – 100% tatusia (przewróciło się? eee, można przejść obok).

Siedzieć przed tv lubi – nie szkodzi, że to ten sam program po raz tysięczny, przynajmniej treść się dobrze utrwali (100% Ślubnego, zamieńcie tylko tv na laptopa)

 

Z biskupinkowego charakteru Panna Hanna posiada empatię, aczkolwiek nieco wybrakowaną (jakaś naleciałość ze Ślubnego, ewidentnie) – mamusia źle się czuje? oj, biedna mamusia, biedna... to kiedy ten obiad?!

 

Lekko wybrakowaną ma również miłość do czytania książek – owszem tak, ale tylko o wróżkach... Nabrała za to ostatnio przyzwyczajenia do czytania w wannie (po mamusi!) - tak długo, aż woda robi się zimna. Skąd ja to znam? - wanna to i moje ulubione miejsce do czytania :) Nie bez przyczyny na Walentynki dostałam od Ślubnego to:


półeczkę, nie książkę i wino!

 

Nie wiem tylko po kim córka nasza taka pyskata się zrobiła! Jestem prawie pewna, że ja w jej wieku byłam uosobieniem dobrego wychowania. Zresztą w czasach mojego dzieciństwa nie pyskowało się rodzicom, nauczycielom, generalnie nikomu dorosłemu. Teraz to się nazywa, że dziecko jest asertywne, samodzielne, otwarte i wyraża swoje poglądy – ale na moje ucho po prostu jest pyskate i bezczelne czasami...Ot, taki przedsmak nastolatki w domu...

 

 

 



23:06, biskupinka.szkocja
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 lutego 2012
Dzień świstaka

Obudziłam się i był dzień świstaka.

 

Budzik zadzwonił o 7, profilaktycznie ustawione trzy drzemki – 7.30: kawa, płatki, herbata, kanapki. Leki, żeby nie być większą jędzą niż norma przewiduje.

Panna Hanna, Orzeszek. Łazienka, makijaż. Szybciej, spóźnimy się do szkoły! Uczesałaś się?! Załóż dzisiaj kalosze. Szybciej, za 7 minut dzwonek!

Praca, zakupy. Panna Hanna ze szkoły, obiad. Odrób lekcje – tak, teraz! Telefon do banku – 'nie, państwa dokumenty jeszcze nie doszły; przykro mi, nie widzę nic w systemie'. Pranie, prasownie, umyć wannę.

Pada deszcze, wieje, świeci słońce – matko, ależ te okna brudne...

Kolacja, przygotuj ubrania na jutro, gaś światło, już późno!

Maile – służbowe, na prywatne nie ma dziś czasu. Odcinek 'Przyjaciół' – o, to ten śmieszny kiedy Joe...a, nie – to w tym Ross i Rachel, albo ten... nieważne, i tak mamy to na dvd.

Ślubny – 'co ty, idziesz już spać?!', nie kurna, tańcować – przecież już po północy, a jutro do pracy trzeba...

Kąpiel w pianie, trzeci raz ta sama Chmielewska, bo już nie mam co czytać.

Krem do rąk, ech – te obrazki wiszą tak krzywo, jutro je poprawię.

 

 

7 rano; o, już 7.30 – płatki, leki, uczesałaś się? Szybciej, zaraz dzwonek. Praca, zakupy, bank - ' nie, nadal nie ma nic w systemie'.

Obiad, matko jakie te okna brudne!

Maile – odpisać znajomym, nie może jutro, dzisiaj jeszcze projekt, warsztaty, dofinansowanie.

“Przyjaciele” - ten sam odcinek co wczoraj? Chyba tak, tu ciągle lecą powtórki.

Piana, Chmielewska, krem do rąk – 'już idziesz spać?!'. Te krzywe obrazki, jutro je poprawię.

 


7.30– herbata, kawa, mleko się kończy.

Szybciej, załóż kalosze!

Praca, obiad, telefon do banku – 'niestety, nadal...'

A te okna takie brudne...

I obrazki krzywo wiszą...

Jutro je poprawię.



21:10, biskupinka.szkocja
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 lutego 2012
A jednak jestem!

Ha haaa! Wcale mnie nie wywiało, co za insynuacje!

Wbrew podejrzeniom nawet nie zostałam w Wenezueli, gdzie fuksem niezwykłym spędzaliśmy Boże Narodzenie. Jestem sobie, miewam się nieźle tylko – a to ci niespodzianka... - doba skurczyła się do 24 godzin, a lista obowiązków wydłużyła o kolejnych kilka punktów. Ale nie narzekam :)

 

W szybkim skrócie i z nadzieją na ostateczny powrót do blogowania:

* opalenizna z Wuwuzeli jest już w zaniku, aczkolwiek Panna Hanna nadal wygląda jak milusia grzaneczka

* Sylwester spędzony w samolocie pełnym wysokoprocentowych Polaków nie należy do przyjemności i sądzę, że Ślubny wolałby jednak pójść gdzieś potańcować, niż składać się w pół, żeby zmieścić nogi w wąskim przejściu

* zima do Aberdeen w tym roku nie zawitała, chociaż dzisiaj padał śnieg – dziwny rzecz, zważywszy, że w ciągu ostatnich kilku dni najczęstszym widokiem była tęcza

* przedwalentynkową imprezę pt 'red, love & heels' spędziłam w najbardziej ekskluzywnym towarzystwie, jedynych i niepowtarzalnych Jadowitych; lovyaaaa!!!

* jadę do Pl w bardzo niedługiej przyszłości, ponieważ odczułam ogromną, niemożliwą do zaspokojenia w Szkocji potrzebę, a mianowicie potrzebę przytulenia się do mamuni :)

 

Tyle dzisiaj, ale będzie więcej! Promise!!!



22:58, biskupinka.szkocja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 grudnia 2011
Wiatr wiejący od morza

Ale co to się działo wczoraj w Szkocji! Rany, rany – takież wichry wiały, że gdyby nie strategiczne zapasy tłuszczyku, pewnie porwałoby mnie w Highlandy :)

Podobnież był to najgorszy huragan od dziesięciu lat - i już trafił do Wikipedii.

 

Aberdeen wyszło z tego wcale nie tak źle – straty i owszem jakieś są: a to zerwane światełka świąteczne na głównej ulicy miasta, a to wyrwane drzewa czy zwalone ściany budynków, że o latających po okolicy koszach na śmieci nie wspomnę. Szczęście w nieszczęściu – obyło się bez ofiar w ludziach, ale widoki dość nieciekawe...

 

Nasz blok, usytuowany w głębi Aberdeen, z grubsza dał rady, chociaż sąsiedni już tak dobrze nie miał:

 

 nie pytajcie jak oni ten blok zbudowali, skoro luźne cegły wiatr wywiał na zewnątrz miażdżąc dokładnie auto... biedny właściciel zaparkował z dala od drzew, i na co mu przyszło? :/

zdjęcia z serwisu newsonlinescotland

Do strat osobistych, chociaż mało bolesnych, należy natomiast nasz balkon. Śliczny mój balkonik, odnowiony cudnie przez Ślubnego (sztuczna trawka, mebelki rattanowe) od wiosny tego roku nawiedzają same nieszczęścia.

 

Najpierw chciałam być miła, taka green, i pozwoliłam gołębiom założyć gniazdko. I to był błąd. Jak duży, zrozumieliśmy kilka tygodni po wykluciu się piskląt. Trzeba było odczekać aż podrosną i wyruszą w świat daleki. Pożegnałam je z łezką w oku, nieomal machając im na pożegnanie. Niestety, gołębie które założyły gniazdo na moim balkonie chyba przy piwku opowiedziały innym gołębiom w okolicy, że to taka fajna miejscówka jest, bo już następnego dnia miałam kolejnych lokatorów! O nie – jedno gniazdo ok, ale zrobić z balkonu gołębią porodówkę, to inna sprawa :(

 

Pech chciał, że zaczęły się wakacje i wyjechaliśmy do Polski. Po powrocie mieliśmy zdewastowany (czytaj: obesrany do cna) balkon, a gołębie czuły się jak u siebie i traktowały nas jak intruzów. Siedziały dniami i nocami, gruchając obłędnie i srając gdzie popadnie.

 

Czyszczenie sztucznej trawki i mebelków oraz zawieszenie odstarszających zabawek pomogło na krótko – durne pierzaki wracały na miejsce zbrodni.

To był wojny krok pierwszy – nieudany.

 

Wojny krok drugi – mata ze słomy, blokująca dolną cześć balkonu oraz wystająca ponad balustradę. Nic tam, że przez matę słońce słabo się przedziera - i tak nie suszę prania na balkonie ze względu na gołębie. Ok, dołem nie wchodzą, ale górą wlatują...

 

Wojny krok trzeci – plastikowe kolce przyklejone do balustrady. Teoretycznie powinny zadziałać, ponieważ gołąb nie ma możliwości przycupnięcia na owej balustradzie. Może przeciętny gołąb nie ma, ale nasze aberdońskie potrafią przycupać na jednej nóżce POMIĘDZY kolcami.

 

Wojny krok czwarty – plastikowa siatka zawieszona od góry do dołu: gołębie musiałyby przeciskać się przez wąskie oczka w siatce, ale są na to za durne. Wprawdzie czuję się jak w więzieniu, ale jest to niska cena za czysty balkon bez upiornego gruchania...

 

A teraz przyszedł wiater i mój balkon wygląda tak :(


 



00:37, biskupinka.szkocja
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Warto zdrowo się odżywiać

Jak bonie dydy, że ja nigdy nic nie wygrałam. Ani zdrowia, sądząc po wizytach w szpitalu onkologicznym, ani wielkiej miłości – sądząc po cotygodniowych groźbach rozwodu rzucanych w stronę Ślubnego ;)

 

Raz mi się zdarzyło wygrać w zdrapce £1.00, którego natychmiast wydałam na kolejną zdrapkę – w której rzecz jasna nic już nie wygrałam. Pannie Hannie udało się kiedyś całą piąteczkę wygrać, ale nie o tym jest notka. Nie o tym również, że Ślubnemu wygrane zdarzają się często – a to Blog Roku, a to Blog Blogerów, a to kalkulator z Dosi (taki proszek do prania kiedyś był, może nadal jest...), że o wygraniu reszty życia z najlepszą z żon nawet nie wspomnę :P

 

Przekonanie, że konsumpcja zdrowego śniadania to podstawa, wreszcie znalazło potwierdzenie. Jedno z ostatnich pudełek płatków śniadaniowych firmy Nestle, przed wylądowaniem w koszu zostało dokładnie obejrzane. Bo widniało na nim wielce zachęcające zdjęcie nagrody firmy Dolce Gusto. I wcale nie trzeba było wysyłać miliona kodów kreskowych (równowartość kilku miesięcy intensywnego pożerania rzeczonych płatków). Ot wpisać gdzieś tam numer wydrukowany we wnętrzu opakowania. Aaaa, co mi tam – pomyślałam, wycięłam kawałek tekturki, wrzuciłam do torebki i zapomniałam na kilka kolejnych godzin.

 

Już prawie wychodząc z pracy, już prawie wyłączając komputer, rzutem na taśmę wklepałam ów numer na stronie firmy Nestle – bynajmniej nie spodziewając się rewelacji. Przekierowało mnie do Dolce Gusto - i się zdziwiłam, bo po naciśnięciu 'enter', natychmiast pojawiła się informacja – WYGRAŁAŚ!

 

Ha, ha – ale żart...

Sprawdziałam w domu – tak, firma Dolce Gusto nadal twierdzi, że wygrałam... ekspres do kawy wartości, ni mniej, ni więcej -£ 99.00... Czas oczekiwania na dostarczenie nagrody – do trzech miesięcy.

 

A po czterech dniach w mojej kuchni:

 

 

Najlepsze jest to, że Panna Hanna bardzo szybko opanowała technikę przyrządzania doskonałej kawy i potrafi dostarczyć ją mamusi bez zbędnych ponagleń :)



00:40, biskupinka.szkocja
Link Komentarze (3) »
środa, 16 listopada 2011
Kolejna notka w biegu czyli...

 

...wesołe jest życie PP*

 

Bycie PP to nie bajka; bycie PP to nieprzerwane pasmo zdziwienia. Wszelakiego.

Że można tak zaniedbać sprawy, pozwolić by działy się bez ładu, składu i kontroli. Że można w krótkim czasie te wszystkie sprawy wyprostować, wyjaśnić i naprawić. Że można nakręcić kilka pozytywnych projektów. Że można zachęcić swoim światłym przykładem do wstąpienia w szeregi naszej nadzywczajnej organizacji ;)

Że nagle mój przeciętny angielski musi stanąć na wysokości zadania i wczytywać się w pisma urzędowe. Pisać maile urzędowe. Pisać maile przymilne (zwane żebraczymi).

Że można zostać nazwanym błaznem, komunistycznym cenzorem, debilem, dyktatorem oraz człowiekiem z układzików (?!) – a wszystko to w ciągu jednego tygodnia, jednego człowieka i na dwóch forach internetowych.

Pocieszające, że po takich występkach idę sobie dalej i nucę 'róbmy swoje, pewne jest to jedno, że; róbmy swoje, póki jeszcze ciut się chce...' :)


 

 *PP - Pani Prezes :)

 

 



00:40, biskupinka.szkocja
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Marzycielska Poczta.